„Powrót do domu” czyli autobiografia

„Brytyjską literaturę uratowała przed zagładą jej uparta tradycyjność.”

Na lotnisku w Warszawie jak zwykle pół godziny czekania na bagaż. Taśma chodzi cały czas i krążą w kółko: niedopałek papierosa, parasol, nalepka hotelu Marriot, sprzączka od paska walizki i biała, czysta chusteczka. Mimo zakazu, zapalam papierosa. Obok – na jedynych czterech krzesłach – siedzi cały czas czterech gości od obsługi bagażu. „Tu nie wolno palić, szefie” – mówi jeden z nich. „A siedzieć i nic nie robić wolno?” – pytam. „Nic nie robić w Polsce zawsze wolno” – mówi drugi.

Ryczą ze śmiechu. Jeden nie ma górnej jedynki i dwójki, drugi kłów i dwójki po prawej stronie. Trzeci w ogóle nie ma zębów, ale jest starszy, ma już pewnie z 50 lat. Czwarty, koło trzydziestki, ma wszystkie zęby. Na bagaż czekam jeszcze 20 minut, razem prawie godzinę. Ponieważ czujemy się znajomymi, goście od bagażu nie mówią nic, kiedy zapalam drugiego papierosa.

Puszka

W śródmieściu tysiące handlarzy. Z samochodów sprzedają mięso, ręczniki, buty, chleb lub cukier. To dobrze, łatwiej coś kupić, choć trudno przejść. Na chodnikach porozkładane towary z Berlina Zachodniego, z najtańszych domów towarowych, z Billi i Quelle albo od Turków z Kreuzbergu. Czekolada, telewizory, owoce, wszystko. Spotykam starszego faceta, trzyma w ręku puszkę po piwie. „Pusta?” – pytam. Potwierdza. „Ile?” „500 zł.” Zastanawiam się chwilę nad tym fenomenem, facet pewno myśli, że chcę kupić. Zachęca: „Sprzedam panu za 400”. Pytam go: „Po co mi pusta puszka po piwie?” „A to już pana sprawa. Jak pan kupi, może pan z nią zrobić, co pan chce.”

Moja miłość do Polski przypomina stare małżeństwo, w którym ludzie wszystko o sobie wiedzą, mają siebie trochę dosyć, ale kiedy jedno z nich umiera, za miesiąc umiera drugie. Nie mogę sobie wyobrazić życia bez Polski. Bardzo trudno jest mi odnaleźć się tutaj, na Zachodzie, chociaż kierowcy są uprzejmi, a w sklepie mówią „dzień dobry”. Gdy myślę o przyszłości, wyobrażam sobie siebie wyłącznie w Polsce. Nie czuję się obywatelem świata. W istocie to, co dotyczy Polski, dotyczy mnie bezpośrednio: nie czuję dystansu, nie przestało mnie to obchodzić. Przestały mnie obchodzić i dotyczyć rozgrywki polityczne, ale nie Polska. To jest mój świat. Z niego się wziąłem i w nim umrę. Poza Polską, nawet jeżeli mieszkam gdzieś rok czy dwa, mam uczucie że jestem tam na chwilę, przejazdem. Inaczej mówiąc, istnieje uczucie powrotu – że wracasz. Człowiek powinien mieć miejsce, do którego wraca. Ja mam takie miejsca – w Warszawie czy Koczku na Mazurach. Gdy przyjeżdżam do Paryża, to nie mam uczucia, że wracam. Przyjeżdżam do Paryża. A wracam do Polski.

Słoń

Ojciec był dla mnie ważniejszy niż matka, dlatego że umarł tak wcześnie. Ale ona też była ważna; była na przykład jednym z powodów, które sprawiły, że zdecydowałem się na studiowanie w Szkole Filmowej w Łodzi. Kiedy po raz drugi zdawałem do Szkoły, wróciłem z egzaminu i umówiłem się przez telefon z mamą w Warszawie, przy ruchomych schodach na Placu Zamkowym. Wiedziała już, że się nie dostałem. Wjechałem ruchomymi schodami i wylazłem na zewnątrz. Padało jak cholera. Mama stała zmoknięta i strasznie jej było przykro. Powiedziała: „Słuchaj, może Ty się po prostu do tego nie nadajesz?” Nie wiem, czy płakała, czy to był deszcz – zrobiło mi się strasznie żal, że jest jej smutno. Wtedy zdecydowałem, że się tam dostanę, żeby nie wiem co. Udowodnię, że się nadaję, właśnie dlatego, że ona była taka smutna.

Byliśmy dosyć ubogą rodziną. Ojciec był inżynierem budowlanym, matka urzędniczką. Ojciec chorował na gruźlicę i po wojnie właściwie przez 12 lat umierał. Jeździł do sanatoriów, a my, mama, ja i siostra – ponieważ chcieliśmy być blisko niego – z nim. On był w sanatorium, a mama pracowała w tej miejscowości jako urzędniczka.

Bardzo dużo zależy od tego, kto nas bił po łapach przy śniadaniu, gdy byliśmy dziećmi. To znaczy: kto był naszym ojcem, naszą babką, pradziadkiem. I skąd się w ogóle wzięliśmy. To jest bardzo ważne. A ten, kto cię bił po łapach przy śniadaniu, jak byłeś niegrzeczny, kiedy miałeś cztery latka, potem kładł książkę na twoim nocnym stoliku. Od niego dostawałeś pierwszą książkę pod choinkę. Te książki, które czytałem jako dziecko, ukształtowały mnie. Jako chłopak byłem chory na płuca, z zagrożeniem gruźlicą. Oczywiście często grałem w piłkę, jeździłem na rowerze jak wszyscy chłopcy, ale w związku z tym, że byłem chory, bardzo dużo czasu spędzałem pod kocem na balkonie, czy na jakiejś werandzie, po to, żeby łykać świeże powietrze. Miałem więc strasznie dużo czasu na czytanie. Kiedy sam jeszcze nie umiałem, czytała mi mama. Czytałem w nocy przy pomocy jakichś lampek czy świeczek, nawet pod kołdrą, często do rana. I oczywiście ten świat, w którym żyłem, świat moich kolegów, rowerów, biegania, jeżdżenia na nartach zrobionych z desek od beczki po kapuście, to był świat prawdziwy – żyłem w nim. Ale równie prawdziwy był świat książek. Nie tylko Dostojewski i Camus, ale również przygody Indian i kowbojów, Tomków Sawyerów i innych. Zła i dobra literatura; czytałem je z jednakową ciekawością. Nie mogę powiedzieć, czy więcej się nauczyłem od Dostojewskiego czy od jakiegoś trzeciorzędnego amerykańskiego pisarza, który opisywał przygody kowbojów. Nie wiem.

Od bardzo dawna – właśnie dlatego, że czytałem książki – wiedziałem, że istnieje coś więcej niż to, czego możemy dotknąć i kupić w sklepie. Nie jestem człowiekiem, który długo rozpamiętuje sny. Gdy się budzę, natychmiast zapominam, jeżeli w ogóle je miałem. Ale w dzieciństwie oczywiście miewałem sny. Straszne, w których nie mogłem się skądś wydostać, ktoś mnie gonił. Wszyscy tak śniliśmy. Miałem też, jak każdy, sny o lataniu nad światem. Kolorowe. A z drugiej strony sny czarno-białe, które dobrze – choć w dziwny sposób – pamiętam. Nie potrafiłbym ich opowiedzieć, ale jeżeli mi się coś przyśni w nocy, to natychmiast wiem, że to jest sen z dzieciństwa. I teraz mi się czasem to śni, to dobre i to złe.

Jest dużo wydarzeń w moim życiu, o których nie wiem, czy mi się naprawdę wydarzyły, choć je pamiętam bardzo dokładnie. Zawłaszczam sobie cudze zdarzenia. Często nawet nie pamiętam, komu je ukradłem. Kradnę i zaczynam wierzyć, że są moje.

Z dzieciństwa pamiętam kilka takich faktów, które po prostu nie mogły się wydarzyć, a jednocześnie jestem absolutnie pewien, że miały miejsce. Nikt z mojej rodziny nie potrafił wytłumaczyć, na czym to polega; czy to jest sen, który mi się jak gdyby zmaterializował na tyle, że stał się konkretnym zdarzeniem, czy też po prostu ktoś mi coś takiego opowiedział.

Nie tak dawno pojechałem na narty z córką i siostrą. Przejechaliśmy przez Gorczyce, malutkie miasteczko na Ziemiach Odzyskanych, gdzie ta scena wydarzyła się w ’46 lub ’47 roku, kiedy miałem 5, 6 lat. Chodziłem do przedszkola i pamiętam bardzo dokładnie, że szedłem z mamą. A naprzeciwko nas wyszedł słoń. Minął nas i poszedł dalej. Mama twierdzi, że nic takiego się nie zdarzyło. Nie ma żadnego powodu, żeby po wojnie w Polsce, gdzie trudno było dostać kartofle, pojawił się słoń. Niemniej pamiętam doskonale tę scenę i „wyraz twarzy” słonia. Jestem absolutnie pewien, że po prostu szedłem z mamą, za rękę, ulicą do przedszkola i wyszedł słoń. Skręcił w lewo, a myśmy poszli prosto. Nikt nawet nie zwracał na niego specjalnej uwagi.

Te wydarzenia, które kradnę – po jakimś czasie wymykają się mojej kontroli. Zapominam, że to się przydarzyło komuś innemu i zaczynam wierzyć, że naprawdę przytrafiło się mnie. O słoniu pewnie ktoś mi opowiadał.

Okna

Niedawno pojechałem do Ameryki, gdzie firma Miramax rozpoczynała dystrybucję „Podwójnego życia Weroniki”. Na festiwalu nowojorskim zorientowałem się, że Amerykanie są absolutnie skonfundowani zakończeniem filmu. Jest tam scena, w której bohaterka wraca do domu rodzinnego, gdzie jest jej ojciec. Bardzo to jest enigmatycznie zrobione. Nie można zorientować się na pewno, że chodzi o dom rodzinny, ale myślę, że w Europie nikt nie ma wątpliwości. W Ameryce natomiast ludzie nie są pewni, że ona wraca do domu, że facet, który tam jest, to jej ojciec i nie bardzo nawet rozumieją, po co w ogóle wracać.

Dla nas, Europejczyków, powrót do domu rodzinnego to wartość, istniejąca w tradycji, historii i kulturze. Już „Odyseja” o tym opowiada, potem zaś bardzo często literatura i teatr zajmowały się domem jako miejscem będącym zbiorem pewnych wartości. Zwłaszcza dla Polaków, ludzi dość romantycznych, jest to szalenie istotne. Dlatego tak zakończyłem film. Ale w Ameryce nikt tego nie rozumie. Zrobiłem więc dla nich inny koniec, by było jasne, że to jest dom rodzinny. Potem się zastanawiałem, dlaczego Amerykanie tego nie rozumieją. Nie rozumiem Ameryki, ale próbowałem się zorientować, na czym to polega. I przypomniałem sobie pewną historię.

Przypomniałem sobie tę historię i zacząłem ją opowiadać różnym ludziom, dziennikarzom, dystrybutorom czy kolegom i nagle, jak już ją kilka razy opowiedziałem, zdałem sobie sprawę, że ona w ogóle nie przydarzyła się mnie, ale mojemu koledze. Mało tego, że ją ukradłem, a następnie sprzedawałem jako moją, to jeszcze byłem absolutnie przekonany, że to naprawdę mnie się zdarzyło.

Zawsze opowiadam ją tak: lecę samolotem z Ameryki, a obok mnie siedzi jakiś facet. Miałem ochotę się przespać czy poczytać, ale niestety był gadatliwy i zaczął
rozmowę. No dobra. Pyta: Czym się zajmujesz? Mówię, że robię filmy. On: To bardzo ciekawe. Ja: No, tak. On: A ja, wiesz, jestem producentem okien. Ja: To bardzo ciekawe. On: Tak, tak, to niesamowicie ciekawe. Oczywiście powiedziałem to ironicznie, ale on nie zrozumiał i zaczął opowiadać. Okazuje się, że jest Niemcem, ma najlepsze i największe fabryki okien w Niemczech. Sprzedaje je za dość wysoką cenę, z 50-letnią gwarancją. Niemcy kupują, ponieważ są ludźmi praktycznymi i uważają, że jeżeli coś ma pół wieku gwarancji, to znaczy, że przez ten czas się nie zbije. Chce to więc powtórzyć w Ameryce. „Otworzyłem – mówi mi – tutaj fabrykę, wystawiłem 50 lat gwarancji, wystawiłem cenę. Nikt nie chciał kupować. Po prostu nikt. Włożyłem straszną kupę pieniędzy w reklamę. Rozsyłałem pisma i katalogi. Nic. Obniżyłem gwarancję do 20 lat, ale zostawiłem tą samą cenę. Zaczęli kupować. Obniżyłem gwarancję do 10 lat. Zaczęli kupować cztery razy tyle. W tej chwili chcę zbudować drugą fabrykę i obniżyć gwarancję do 5 lat. Cena zostaje ta sama. Dlaczego oni kupują okna z 5-letnią gwarancją, a z 50-letnią nie? Ponieważ w ogóle sobie nie wyobrażają, że można siedzieć w jednym miejscu 50 lat. To jest dla nich nie do pomyślenia.”

A więc wątek domu rodzinnego jako miejsca, przez które przechodzą kolejne generacje ludzi, jest dla nich nie do pomyślenia, ponieważ oni się bez przerwy przeprowadzają. Zaczynam tę historię opowiadać jako moją własną, była mi tak potrzebna, żeby zrozumieć amerykańskie niezrozumienie sytuacji domu rodzinnego, że po prostu sobie ją przywłaszczyłem. Gdyby mnie zapytano, jak wyglądał ten Niemiec, potrafię go dokładnie opisać. Ponieważ to jest już mój Niemiec, już sobie go przywłaszczyłem. W ogóle bardzo dużo pamiętamy, po prostu o tym nie wiedząc. Grzebanie w pamięci powoduje, że obrazy, sytuacje wracają. Tylko trzeba naprawdę chcieć. To jest ciężka praca nad samym sobą. Mam takie obrazy, które są prawdziwe, bo na przykład nikt mi nie mógł opowiadać o niemieckim żołnierzu, który stoi i nabiera wodę ze studni. Rusza rękami, czy ustami, pijąc wodę. Przechyla głowę do tyłu i hełm mu się zsuwa. Podtrzymuje go ręką, ale nie jest to wydarzenie dramatyczne, które warto opowiadać. Nie ma dalszego ciągu ani początku. Musiałem mieć jakieś trzy lata, kiedy to zapamiętałem.

Cyrkle

Zaraz po wojnie mieszkaliśmy na Ziemiach Odzyskanych, w różnych miejscach. To był dobry okres, bo ojciec był wtedy troszkę zdrowszy i pracował. Chodziliśmy z siostrą do przedszkola i życie się jakoś układało. Mieliśmy prawdziwy, normalny, duży dom. To był dom poniemiecki, pełny niemieckich rzeczy. Do tej pory mam chyba w domu coś niemieckiego. Jakiś nóż. Zestaw cyrkli, teraz już zdekompletowany. Ojciec używał ich do kreślenia, a ja odziedziczyłem. Było dużo niemieckich książek. Ciągle mam książkę z tego domu – „Góry w słońcu”. Są tam zdjęcia narciarzy w słońcu.

Ale gdzie byliśmy w czasie wojny, nie wiem. I już nigdy się nie dowiem. Są jakieś listy, dokumenty, ale żaden z nich nie mówi o tym, gdzie myśmy byli w czasie wojny. Siostra też nie wie. Ona urodziła się trzy lata po mnie, w ’44 roku. Wiem oczywiście, gdzie się urodziła – w Strzemieszycach. To jest ostatnie miejsce na Śląsku, które należało do Polski przed wojną. W czasie okupacji to już zresztą nie miało znaczenia, bo i tak Niemcy byli wszędzie. Tam mieszkała matka ojca, moja babka. I u niej mieszkaliśmy, w małym pokoiku. Znała dobrze i niemiecki, i rosyjski. Po wojnie trudno było uczyć niemieckiego, więc została nauczycielką rosyjskiego. Nawet chodziłem do klasy, w której uczyła.

Kilka razy mieszkaliśmy w Strzemieszycach. Wyjeżdżaliśmy, a potem wracaliśmy, bo można było tam trochę przeczekać. Okropna miejscowość. Niedawno nawet tam pojechałem. Znalazłem dom, podwórko. Oczywiście, jak zawsze, wszystko jest mniejsze, bardziej ponure, brudne niż było kiedyś.

Chodziłem do tylu szkół, że często mi się mylą; zmieniałem je dwa a nawet trzy razy w roku. Dobrze się uczyłem, ale nigdy nie byłem lizusem czy kujonem. Miałem bardzo dobre stopnie, co – prawdę mówiąc – nie wymagało specjalnego wysiłku. Myślę, że koledzy mnie raczej lubili, ponieważ dawałem im odpisywać i tak dalej. Poziom szkół był wtedy bardzo niski i nie traciłem dużo czasu, żeby się czegokolwiek nauczyć. Nic nie pamiętam z tego, czego się wtedy nauczyłem. Nawet tabliczki mnożenia. Zawsze robię błędy ortograficzne. Więc szkoła niewiele mi dała.

Mieszkaliśmy w różnych dziurach, gdzie władza komunistyczna właściwie nie docierała. To znaczy, nie materializowała się tak, jak w miastach. Mieszkaliśmy w tak małych miejscowościach, że nawet milicjanta tam nie było. Cała miejscowość liczyła sześćset albo tysiąc osób. Nauczyciel i kierowca autobusu, który jeździł do większego miasteczka, raz czy dwa razy dziennie. To wszystko. Był oczywiście jakiś dyrektor sanatorium, prawdopodobnie partyjny, ale nawet nie pamiętam, czy go widziałem. Nie mam pojęcia, gdzie byłem, jak umarł Stalin. Nic mnie to nie obchodziło. Nawet nie wiem, czy wiedziałem, że umarł. Pewnie nie.

Dach

Pierwszy film, jaki pamiętam – ale możliwe, że to jest kompletna fikcja – był związany właśnie ze Strzemieszycami. Wyświetlali tam francuski film z Gerardem Philippem. Musiał to być „Fanfan Tulipan”. To było absolutnie sensacyjne, że w ogóle wyświetlono film francuski, bo ciągle wyświetlali czeskie, rosyjskie albo polskie. Byłem bardzo mały. Musiałem mieć jakieś 7, 8 lat, a film był dozwolony od szesnastu i pamiętam, że pojawił się problem, bo rodzice chcieli, żebym go zobaczył. Uważali, że to jest piękny film, że się rozerwę. Mój cioteczny dziadek – mówiłem do niego „wujku” – który był tam znanym lekarzem, poszedł specjalnie do kina, uznał, że jest możliwe, żebym ja to obejrzał i korzystając ze swojego autorytetu, załatwił z kierowniczką, żeby mnie wpuścili. Polazłem na seans. Filmu w ogóle nie pamiętam. Mówiło się o tym kilka dni, strasznie się szykowałem, przeżywałem dość duży stres, czy mnie w końcu wpuszczą czy nie. I absolutnie nic nie pamiętam.

Mieszkaliśmy też, chyba ze trzy razy, w Sokołowsku koło Jeleniej Góry, na Dolnym Śląsku. Tę miejscowość z mojego dzieciństwa pamiętam najlepiej. Było tam sanatorium, gdzie leżał ojciec. To w ogóle była miejscowość tylko sanatoryjna, uzdrowiskowa, wypoczynkowa. Trudno właściwie powiedzieć „wypoczynkowa”, bo to się kojarzy z jakimś kurortem, z Cannes czy czymś takim. To jest maluteńka miejscowość, gdzie są dwa, trzy sanatoria. Nie było w niej Ślązaków, bo przed wojną mieszkali tam Niemcy, których potem wyrzucono. Mieszkało tam około tysiąca osób; kuracjusze i ludzie ich obsługujący. I ich dzieci.

No i była tam sala, gdzie przyjeżdżał teatr albo kino. Kino przyjeżdżało chyba raz na tydzień. To nie była żadna remiza strażacka, ale przyzwoita sala w domu kultury, porządnie zrobiona, z dobrymi projektorami i tak dalej. Teraz problem nie polegał na tym, że nie miałem wystarczającej ilości lat, żeby iść do kina, tylko że nie miałem – jak wielu moich kolegów – pieniędzy na bilet. Rodzice nie byli w stanie nam ich dać. Wychodziliśmy z kolegami na dach, gdzie był duży wentylator. Komin z otworami z boków. Przez te otwory świetnie się pluło na publiczność. Chyba z zazdrości, że oni mogli wejść do kina, a my nie.

Oglądaliśmy kawalątek ekranu. Widziałem przeważnie lewy dolny bok – z pół metra kwadratowego, może metr. Czasem można było zobaczyć nogę aktora, albo rękę czy głowę. Było co nieco słychać, więc mogliśmy się mniej więcej zorientować w akcji. W ten sposób oglądaliśmy filmy. Pluliśmy i oglądaliśmy. Oczywiście wyrzucali nas z tego dachu. Było tam bardzo łatwo wejść – miejscowość była górzysta i dom kultury przylegał dachem do zbocza; wchodziło się na górę, następnie na drzewo a z drzewa zlaziło na dach. Wszystkie nasze zabawy odbywały się na tym dachu. Zawsze dużo łaziłem po dachach. Mój kolega, taki chłopak z Warszawy, zajmował się wyłącznie chodzeniem po dachach. Jeżeli było coś do wypicia, wino czy wódeczka, zawsze musiało się to odbywać na dachu. Właził na najwyższe dachy, z kolegami, ja też zresztą z nim chodziłem, i zawsze piliśmy jakieś winko, gdzieś wysoko nad miastem.

Potem bardzo dużo jeździłem, szukając tych miejsc. Właściwie myślałem, żeby się spotkać z ludźmi, ale jak już dojeżdżałem, ochota mi przechodziła. Oglądałem miejsca i wracałem. Wydawało mi się, że to będzie coś miłego; przyjść, zobaczyć człowieka, którego się nie widziało 30, 40 lat. Jak wygląda, kim jest dzisiaj. A potem, jak już spotkałem paru kolegów, nie miałem więcej ochoty ich spotykać. Dosyć dobrze mi się powodzi, jeżdżę dobrym samochodem. Przyjeżdżałem w jakieś miejsca, gdzie były rudery. Widziałem biedne dzieci, biednych ludzi. Pewnie miałem trochę szczęścia. Raz czy drugi w życiu, i to wszystko. Oni akurat nie mieli. Było mi wstyd. Przypuszczam, że im też byłoby, gdyby doszło do tych spotkań.

Strażak

Rodziców nie było stać, żeby mnie gdzieś wysłać do szkoły, płacić za mieszkanie. A ja nie chciałem się uczyć. Uważałem, że umiem wszystko, co jest mi potrzebne. Jak każdy człowiek w tym wieku. To było po podstawówce, musiałem mieć 14 albo 15 lat. Rok przebąblowałem. Mój ojciec był mądrym człowiekiem. Powiedział: Dobrze, to idź do szkoły pożarniczej. Przynajmniej nauczysz się zawodu i będziesz pracował, tak jak chcesz. Chciałem pracować. Dawali tam za darmo internat, wyżywienie i bardzo łatwo było się dostać. Ojciec wiedział, że jak wrócę z tej szkoły, będę chciał się uczyć dalej. Miał rację. Trzy miesiące, pół roku, wróciłem i już się chciałem uczyć – za wszelką cenę.

Przypadkiem dostałem się do szkoły plastycznej w Warszawie. Tak się złożyło, że rodzice napisali czy pojechali do jakiegoś dalekiego wujka, którego w ogóle nigdy przedtem nie znałem i który był dyrektorem Państwowego Liceum Techniki Teatralnej w Warszawie.
Najlepsza szkoła, jaką miałem; niestety już takich nie ma – jak wszystko dobre, szybko ją zamknęli. Byli tam świetni nauczyciele. Wtedy się w ogóle nie zdarzało w Polsce, a myślę, że i w Europie, żeby nauczyciele traktowali uczniów jak młodszych kolegów. Pokazali nam, że jest coś takiego jak kultura. Radzili czytać książki, chodzić do teatru czy kina. Przedtem to nie było takie modne, przynajmniej w moim świecie, w moim środowisku. Zresztą ciągle mieszkałem w tych małych miejscowościach. A potem nagle zobaczyłem, że życie można spędzać i w ten sposób. To jest właśnie przypadek. Gdyby mój wujek nie był dyrektorem tej szkoły, ja bym jej nie skończył i dziś bym się znajdował gdzie indziej.

List

Ojciec zmarł na gruźlicę. Miał 47 lat, był młodszy, niż ja teraz. Chorował przez 20 lat i przypuszczam, że nie chciał dalej żyć. Nie mógł pracować, dać tego, co powinien dać rodzinie i miał na pewno poczucie, że nie zrealizował się w sprawach zawodowych, uczuciowych, rodzinnych. Nie rozmawiałem z nim o tym, ale jestem pewien, że tak było. To można wyczuć, ja mogę to zrozumieć.

Mama mieszkała potem w Warszawie. Żyło się bardzo trudno, nie mieliśmy pieniędzy. Strasznie ciężko było zaczepić się w Warszawie, nie wolno było się tam meldować i tak dalej. To był koniec lat 60., początek 70. Ale stopniowo przeprowadziła się, jakoś uzyskała meldunek. Potem ja byłem już w trochę lepszej sytuacji i mogłem jej pomagać.

Miała 67 lat, kiedy umarła w samochodzie, który prowadził mój przyjaciel, w ’81 roku. Tak więc rodziców nie mam już bardzo dawno. Zresztą mam 50 lat; mało kto ma w tym wieku rodziców. O tysiącach rzeczy z nimi nie porozmawiałem. Już nigdy się ich nie dowiem. Teraz mam tylko siostrę, z którą nie mogę być bardzo blisko, bo po prostu nie mam na to czasu. Ostatnio z nikim nie mogę być blisko. Od kilku lat jestem właściwie sam.

Mamy z siostrą coś wspólnego, jako dzieciaki zawsze byliśmy razem. W życiu, jakie prowadziliśmy, w ciągłych przeprowadzkach, z chorym ojcem, było to strasznie ważne; te związki, które mogliśmy mieć stale. Z matką, z siostrą. Bardzo często się zastanawialiśmy nad różnymi zdarzeniami z naszej przeszłości i większości z nich już nie pamiętamy. Nie potrafimy ich odtworzyć i już nigdy nie odtworzymy. Po prostu ci, którzy byli głównymi bohaterami, już nie żyją i nie powiedzą nam, jak to było. Zawsze nam się wydaje, że mamy kupę czasu. Że kiedyś przy jakiejś okazji…

Nasz stosunek do rodziców jest zawsze niesprawiedliwy. Wtedy, kiedy są w najlepszej formie, najbardziej energiczni, żywotni, kochani, nie znamy ich, bo nas jeszcze nie ma. Albo jesteśmy tak malutcy, że w ogóle tego nie rozpoznajemy. A potem, kiedy dorastamy i zaczynamy coś rozumieć, oni są już starzy, nie mają tej energii, woli życia. Przeżyli już najróżniejsze zawody, niepowodzenia. Już są zgorzkniali. Miałem fantastycznych rodziców. Fantastycznych. Tyle tylko, że nie mogłem ich docenić wtedy, kiedy powinienem. Nie mogłem, bo byłem za głupi.

Potem nie mamy czasu na miłość, bo mamy swoje rodziny, dzieci. Oczywiście staramy się dzwonić i mówić: kocham Cię, Mamo. Ale przecież nie o to chodzi. Jesteśmy poza domem, a tak naprawdę rodzicom potrzeba nas wokół siebie. Ciągle uważają, że jesteśmy mali i wymagamy opieki. Wyrywamy się spod opieki i mamy do tego prawo. Dlatego myślę, że stosunek między dziećmi a rodzicami jest strasznie niesprawiedliwy, ale tak musi być. Może ważne jest tylko, żeby to po prostu w pewnym momencie zrozumieć.

Moi rodzice byli za sprawiedliwi. Ojciec był bardzo mądrym człowiekiem, ale bardzo mało z tej mądrości mogłem skorzystać. Dopiero teraz mogę zrozumieć, co naprawdę niektóre jego posunięcia czy słowa znaczyły. Wtedy ich nie rozumiałem, bo właśnie byłem za głupi, za młody, za lekkomyślny albo za naiwny. Z moją córką o takich rzeczach właściwie nie rozmawiam. Piszę do niej listy, bo mi się wydaje, że to po prostu zostanie. Gdy dostajesz list, to nie bardzo pomaga, ale kiedyś…

Dobrze, jeżeli ojciec jest jakimś autorytetem, kimś, komu wierzysz. To jest zasadnicza sprawa i być może w ogóle jedną z przyczyn, dla których postępujemy w życiu tak a nie inaczej, jest to, żeby nasze dzieci nam wierzyły, chociaż trochę. Nie zeświniamy się do końca, nie robimy rzeczy złych, paskudnych między innymi dlatego. Przynajmniej ja na pewno dlatego tak postępuję w ogromnej większości przypadków.

Krzysztof Kieślowski [wysłuchała i spisała Danuta Stok; opracowanie: AF i PM]
Tekst jest fragmentem autobiografii Krzysztofa Kieślowskiego („Kieślowski on Kieślowski”, Faber and Faber 1993), której polska edycja powinna sie ukazać nakładem wydawnictwa Znak

__
Rafał Toborek
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear