„Personel” 1974

Nie lubił swojej twarzy, a teraz miał oglądać jej dziesiątki odbić. Zostawili go przy ogromnych lustrach, jedno naprzeciw drugiego, i kazali czekać.

Siedemnaście lat życia nic jeszcze z jego twarzą nie zrobiło: słaby zarys wąsów, rzadkie baki, nijakość. Był wysoki, chudy, okropny w tych lustrach.

Korytarz zapełnił się nagle dziewczynami z baletu – młodziutkimi chichotkami i starszymi, szczupłymi, wszystkie były w majtkach i grubych pończochach. – Czego ja się boję? Czego się pocę? – mówił sobie i nadal pocił się i bał się.

– Statysta? – spytał wielki mężczyzna, pukając w niego palcem, po czym machnął ręką i odszedł.

Ktoś odbity daleko w lustrze odezwał się głośno i okazało się, że stoi nad nim. Opierał głowę o kolumnę i do młodszego kolegi – obaj byli w góralskich spodniach – mówił płaczliwie: – Źle to zrobiłem, jak byłem w trzeciej parze? Źle?…

Głośnik zahuczał informacjami, ważnymi widocznie, bo chichotki pobiegły w prawo, a z lewej weszli mężczyźni z trąbami i skrzypcami. Z nowej porcji rozkazującego hałasu głoś-nika wyłowił swoje nazwisko: „Pan Roman Januchta proszony do działu…”

Znalazł schody i pobiegł. Na drugim piętrze, przez okno szerokiej klatki schodowej, zobaczył wiszącego konia. Koń płynął w dół, powoli, w głąb podwórza. Dopiero kiedy puściła lina trzymająca zad, a stojący niżej robotnicy rozbiegli się na boki, okazał się manekinem.

U wylotu schodów zatrzymał Romana generał.

– Dokąd?

– Do pracy.

– Tamtędy proszę.

– Ale ja do pracy. Ja tutaj pierwszy raz…

– Tam jest wejście dla technicznych – wyjaśnił oschle generał. – Tędy wchodzą tylko artyści. Powiedziałem, tam proszę – podniósł głos i wyciągniętym palcem wskazał kierunek.

Stał między pracownią a pakamerą kierownika i machinalnie wydłubywał plastelinę z kapsla po butelce, przybitego koło zamka na drzwiach. Patrzył to na pracownię, gdzie z dziesięciu krawców siedziało przy maszynach, to na urzędową pakamerę, w której rozmawiali kierownik pracowni i szef techniczny całego teatru. Szef, wychodząc, wyjął mu z rąk kulkę plasteliny i osadził z powrotem w kapslu po piwie.

– Nie ruszaj – powiedział dobrotliwie – to do plombowania drzwi. Wszystko załatwione. Żebyś tylko ciotce wstydu nie przyniósł.

Z pakamery wyszedł kierownik i głośno zaklaskał.

– Panowie – powiedział – przedstawiam wam młodego kolegę, Romka Januchtę, który będzie z nami pracował. Mam nadzieję, że go miło przyjmiecie.

Wziął Romka pod rękę i oprowadzał po pracowni.

– Januchta Roman, Januchta – powtarzał Romek wyraźniej, kiedy któryś z krawców patrzał na niego, nie dosłyszawszy. Jedni przyglądali mu się z zaciekawieniem, inni nie przerywali pracy. Krojczy, wesoły, potężny mężczyzna, udał, że obcina Romkowi kosmyk włosów, i kiedy ten cofnął się, uścisnął mu silnie rękę. – Mój imiennik – ucieszył się, nie wiadomo dlaczego. – Tylko ja będę pan Romek, a ty Romek…

W kącie koło kaloryfera siedział stary pan Willi i przyszywał guzik. Obok leżała sterta szkolnych zeszytów, długopis przytrzymywał otwarte kartki. – Witamy, witamy. – Zawahał się z igłą nad czterema dziurkami guzika i podchwytliwie popatrzył na Romka. – Gdzie?

Romek zastanowił się chwilę, ujął rękę starego i wprowadził igłę w południowo-zachodnią dziurkę. Stary przewlókł.

– A teraz? – spytał. Romek już bez namysłu trafił w północno-wschodnią.

– Noo, fachowiec – pochwalił pan Willi.

Przy kolejnym stole Romek spotkał kolegę. W szkole nazywali go „Sowa”.

– Ja tu robię. Ty też? – zdziwił się Sowa.

Kierownik najwyraźniej nie był zadowolony z ich -znajomości.

– Słuchajcie, Sowa – zniżył głos. – Żebyście przy nim… Nie chlapnijcie czego, jak to potraficie.

– Kiedyś przy dyrektorze powiedziałem, że dupa – wyjaśnił Sowa. – To cześć.

– Cześć – powiedział Romek.

– Cześć – powtórzył Sowa. – Teraz dopiero idziesz do roboty?

– Chorowałem, potem szkołę zamknęli.

– Wiem. W której klasie byłeś?

– W pierwszej.

– Ja w trzeciej. Rok, cholera, mi brakowało. No, nie ułożyło się. Ty tutaj na stałe?

– Na razie na stałe – powiedział niepewnie Romek.

– Jest trochę ludzi ze szkoły. Na malarni, taki gruby, był w drugiej… Nie, razem ze mną był.

– A, wiem.A

– Gruby z wąsami – dodał Sowa. – I są jeszcze w perukarni. I jeszcze Jadzia jest. Blondynka. Panienka taka.

Romek jednych pamiętał, innych nie, myślał o tym tylko, że go przyjęto do pracy.

W drodze do domu, w trzęsącej się kolejce EKD pokazywał ciotce nowiutkie legitymacje.

– To jest legitymacja pracownika. To jest legitymacja związku zawodowego. Bilet miesięczny na kolej. Przepustka…

– A to po co? – spytała ciotka.

– Karta wstępu do teatru. Żeby mnie wpuszczali. Żebym mógł sobie przebywać.

– Podpisać musisz, tu i tu – pokazywała ciotka na legitymacjach.

Romek wyjął długopis i czekał aż pociąg zwolni. Rozejrzał się za blondynką, którą widywał w wagonowym tłoku. Stała tyłem, niedaleko, widział jej schyloną głowę i jasne włosy.

– Mówił coś? – ciotka chciała o to zapytać od początku. – Jak wygląda?

– Kto?

Ciotka pokazała na swoim nosie wielki nos szefa technicznego.

– Mówił, żebym cioci wstydu nie przyniósł.

– Stary?

– Jak ciocia. Albo jeszcze starszy.

Kolejka jechała wśród podmiejskich osad. Blondynka nie odwracała się, chyba czytała książkę.

Stał przed gablotą pełną płaskich, fleszem oświetlanych zdjęć, na których jacyś ludzie ściskali sobie ręce. Ściskający był zwykle ten sam, a wśród ściskanych zauważył kierownika pracowni.

– Tu jesteś – zauważył go szef i popukał palcem w szkło gabloty. – Jubileusz. Ja też dostałem – pokazał stojącą tyłem postać. – O, widzisz? To jestem ja. A to krojczy.
Znasz teatr? – zapytał szef i sam odpowiedział sobie. – Nie znasz, nawet na praktyce nie byłeś. Chodź.

Szli korytarzami, jechali windami, wchodzili do różnych pracowni. Szef załatwiał sprawy, podpisywał papierki i przez cały czas prowadził monolog.

– Śpiewak – wskazał przechodzącego mężczyznę. – Sprzątaczka – o kobiecie z wiadrami. – Ja – dotknął palcem swojego granatowego fartucha. – Popatrz na nas. Jak ktoś raz zetknie się z teatrem, nie może odejść. To jest choroba. Jestem tu dwadzieścia siedem lat. Wszystko to świetni fachowcy, na mieście zarobiliby więcej, ale żaden nie odchodzi. Choroba, i to zaraźliwa…

Na malarni spotkał kolegę, grubasa z wąsami. Malował trzydziestometrowy niebieski horyzont. Było im niezręcznie pod okiem szefa, nie pamiętali swoich imion. Gruby podał niebieską rękę.

Krzysztof Kieślowski „Przypadek i inne teksty” (fragment)
Rok wydania: 1998, format 140 x 205 mm, stron: 192, oprawa: miekka

__
Rafał Toborek
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear