Recenzja autobiografii „Krzysztof Kieślowski. O sobie”

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1993 roku w Wielkiej Brytanii, w wersji angielskiej. Książka doczekała się wielu przekładów, ale Kieślowski za życia nie godził się na jej publikację w Polsce. Paradoksalnie, być może, dlatego, że była zbyt szczera i osobista, i w kraju wywołałaby zapewne szum i gdzieniegdzie „słuszne” oburzenie. A Kieślowski prawdopodobnie nie miał sił ani ochoty na odpowiadanie na głupie zaczepki i śmieszne zarzuty. Nie dlatego, że był ponad nie, ale dlatego, że szkoda mu było czasu. Kieślowski już wtedy chyba walczył o czas dla siebie.

A swoją drogą, czy nie jest tak, że czasem łatwiej „wyspowiadać się” przed obcym niż przed swoim? Można być wtedy szczerym aż do bólu bez obawy, że się kogoś zrani. Tym bardziej, iż w takiej spowiedzi chodzi przede wszystkim o zrozumienie samego siebie, o uświadomienie sobie samemu pewnych prawd.

„Autobiografia” ma charakter takiego właśnie osobistego i poruszającego wyznania. Wielka w tym zasługa Danuty Stok, Polki urodzonej i zamieszkałej w Wielkiej Brytanii, która cykl swoich wywiadów z Kieślowskim zapisała w formie jego wypowiedzi – rzeki /swoje pytania opuściła/, zachowując przy tym żywy ton języka mówionego, rozpoznawalnego i bez trudu kojarzonego, książka opatrzona jest poza tym indeksem osobowym i zawiera szczegółową filmografię twórcy „Czerwonego”.

Kompozycją „Autobiografii” rządzi chronologia. Kieślowski opowiada kolejno o swoim dzieciństwie, o swoich rodzicach, potem o łódzkiej szkole filmowej, o swoich filmach dokumentalnych i filmach fabularnych, aż do „Trzech kolorów”. Ostatnie rozmowy Stok przeprowadziła z Kieślowskim w czerwcu 1993 roku w Paryżu.

Czy z tej książki dowiadujemy się o Kieślowskim czegoś nowego, czegoś, czego próżno szukać w innych jego publikowanych wypowiedziach czy wywiadach? Na pewno jest wiele takich „nowości”, ale przecież nie zmieniają one wizerunku reżysera, tylko niejako go potwierdzają. I w tym potwierdzeniu tkwi właśnie siła tej książki, kondensującej niejako to, co było rozproszone, i dającej kwintesencje tego, co Kieślowski miał do powiedzenia o sobie, o kinie, o świecie. Stąd ta książka przez wielbicieli twórczości Kieślowskiego – a staje się on dla młodych postacią kultową, świadczą o tym choćby listy do naszej redakcji – może zostać potraktowana jako swoiste źródło objawionych prawd filmowych.

Byłby to kolejny paradoks, bo Kieślowski w „Autobiografii” nijak nie kreuje się na namaszczonego kapłana sztuki. Przeciwnie – jest pełen krytycyzmu wobec siebie, nie przecenia swego talentu, nie uważa się za geniusza. Kiedy mówi, że zawód reżysera jest niepoważny, że go męczy, ale musi go wykonywać, bo nie potrafi robić nic innego, to nie ma w tym cienia kokieterii, słychać raczej konsternację.

Kieślowski potrafi być sarkastyczny. Gdy opowiada o pisaniu scenariuszy, spokojnie stwierdza: po prostu staram się uderzać w klawisze. Cały kłopot polega na tym, żeby uderzać we właściwej kolejności. I tu trzeba bardzo uważać, by nie dać się zwieść Kieślowskiemu, który podczas rozmaitych wywiadów mówionych – w radiu czy telewizji – bardzo często ironię i dystans świetnie kamuflował powagą tonu wypowiedzi. Ten kamuflaż trudniej rozszyfrować w przypadku słowa pisanego, tutaj trudniej odróżnić Kieślowskiego – sceptyka od Kieślowskiego – romantyka. Bo na przykład, kiedy Kieślowski wyznaje: Warto było robić „Weronikę” dla tej dziewczynki. Warto pracować rok, stracić dużo energii, cierpliwości, męczyć się mordować, po to, żeby jedna mała dziewczynka w Paryżu zrozumiała, że istnieje dusza – to czy słowa te są naznaczone ironicznym sarkazmem (film, sztuka, masowa, góra wydanych pieniędzy i jedna mała dziewczynka?), czy głębokim przekonaniem (bo kokieterie znów trzeba wykluczyć)?

Tu chodzi oczywiście o przekonanie. Dla Kieślowskiego widzowie jego filmów to nie była żadna tam nieokreślona masa, grupa, społeczność, to byli poszczególni ludzie. Oni oglądali jego filmy, a on widział każdego z nich: Jeśli w ogóle o cokolwiek w filmie chodzi tak naprawdę, przynajmniej mnie, to o to, żeby ktoś znalazł tam siebie.

W tegorocznym marcowym numerze „Dialogu” ukazała się nowela filmowa pt. „Raj” autorstwa Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza. To pierwszy z części zamierzonego przez twórców tryptyku: „Raj”, „Piekło”, „Czyściec”. Nowela powstała w lipcu 1995, pozostałe dwie już nie zostały napisane, bo Kieślowski zmarł.

Na podstawie wydrukowanego w „Dialogu” utworu może powstać dobry albo zły scenariusz, dobry albo zły film. Ale nie to jest ważne. Najbardziej przejmujące jest to, że nigdy już się nie dowiemy, jak ten film by wyglądał, gdyby zrealizował go Krzysztof Kieślowski. A więc ten, dla którego kino było myślą (moje fabularne filmy rozwijają się bardziej za pomocą myśli niż akcji), ale i życiową mięsistą materią, szorstkim fizykalnym doświadczeniem, ciężarem. Kino to nie publiczność, festiwale, recenzje, wywiady. To wstawanie codziennie o szóstej rano. To zimno, deszcz, błoto i ciężkie lampy. To także cierpliwość i setki godzin spędzonych w montażowni.

A jak zmierzyć ciężar nieobecności?

Krzysztof Kieślowski
O sobie. Autobiografia.
Wydawnictwo „Znak”
Kraków 1997

Recenzja książki „Krzysztof Kieślowski. O sobie” Autobiografia. Autorem recenzji jest Lech Kurpiewski, artykuł zamieszczony w magazynie „Film” (maj 1997 rok, str.141)

Tekst spisany i udostępniony przez Witolda „Syzyfa” Paczkowskiego

__
Witold Paczkowski
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear