Moje filmy to bajki o ludziach

13 marca mija 10 lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego. Jakby w zastępstwie pełnej retrospektywy jego filmów w kinach polskie stacje telewizyjne organizują w marcu przeglądy twórczości Kieślowskiego.

TVP2 pokaże w cykl „Kocham Kino” „Dekalog V”, „Personel” oraz dokument Marii Zmarz-Koczanowicz „Still alive”. Planete wyemituje m.in. francuski dokument Luca Lagiera „Krzysztof Kieślowski” z 2005 roku przedstawiający dokonania reżysera z lat 1966-88, kiedy realizował filmy w Polsce. Wiele dokumentów i etiud Kieślowskiego przypomni również Kino Polska – m.in. „Refren” z 1972 roku o pracy zakładu pogrzebowego oraz rzadko pokazywany „Klaps” z roku 1976 będący impresją zmontowaną z dubli nakręconych podczas realizacji „Blizny”.

Dużo w kulturze

Jednak prawdziwy festiwal Kieślowskiego przygotowuje TVP Kultura. W marcu pokaże 16 dokumentów, siedem filmów o reżyserze (m.in. „Horoskop” przedstawiający dalsze losy bohaterów dokumentalnej „Pierwszej miłości”), dwa zrealizowane przez Kieślowskiego telewizyjne przedstawienia („Dwoje na huśtawce” z 1976 roku z Mają Komorowską i Zbigniewem Zapasiewiczem oraz spektakl według Stefana Zweiga „Szach królowi” z roku 1972), dziesięć odcinków telewizyjnego „Dekalogu”, a także dziesięć filmów fabularnych. Obok m.in. „Trzech kolorów”, „Spokoju” i „Amatora” znajdą się dwa obrazy szerszej publiczności nieznane. Pierwszy to „Przejście podziemne” (1973), dokumentalny w formie debiut fabularny Kieślowskiego o młodym nauczycielu, który przyjeżdża do Warszawy parę lat po tym, jak opuściła go żona i postanawia ją odnaleźć. Drugi to pełnometrażowy „Krótki dzień pracy” (1981) według scenariusza Kieślowskiego i Hanny Krall na podstawie jej reportażu „Widok z okna na pierwszym piętrze”. Film o I sekretarzu KW PZPR w Radomiu, skończony w grudniu 1981 roku, kiedy trwał już stan wojenny, został zatrzymany przez cenzurę, ale leżał na półce również po roku 1989 – reżyser nie chciał pokazywać go publicznie. Tłumaczył to w autobiografii: „Wyszedł z tego niedobry film. Nie udał mi się kompletnie. Klasyczny film polityczny”.

Doceniany na nowo

W połowie lat 90., gdy Kieślowski stał się już gwiazdą światowego kina artystycznego, jego realizowane na Zachodzie filmy („Trzy kolory”, „Podwójne życie Weroniki”) komentowano w Polsce często złośliwie, wytykano myślową płyciznę i „konfekcyjną” formę. Znaczące, jak zmieniła się sytuacja po dziesięciu latach. Śmierć reżysera przypieczętowała i u nas legendę Kieślowskiego. Inaczej też – co nie znaczy, że bezkrytycznie – ocenia się jego ostatnie obrazy. Jeden z krytyków, który w roku 1994 opublikował w miesięczniku „Film” pamflet na „Trzy kolory”, tę właśnie trylogię uznał niedawno w specjalnej ankiecie za najważniejszy „kulturalny diament III RP” w polskim kinie.

Nie chodzi o zmianę koniunktury, ale czytanie Kieślowskiego w nowy sposób – bez uprzedzeń, ale nie na kolanach. I stawiania pytań, o których wciąż warto dyskutować. Jaka jest i co oznacza metafizyka w jego filmach? Czy filmy Kieślowskiego to rzeczywiście – co sugeruje autobiografia „O sobie” – szczery, bardziej dosłowny, niż się kiedyś wydawało, „dziennik wewnętrzny” autora?

Wreszcie pytanie może najważniejsze: jak pogodzić cenione powszechnie (choć wciąż niewydane u nas na DVD) wczesne dokumenty, kręcone w Polsce z realistycznym pazurem i mistrzowskim wyczuciem rzeczywistości oraz te najbardziej znane filmy, produkowane przez francuzów, ale wywołujące największy sceptyzm – jakby zbyt gładkie, zbyt piękne? Czy rzeczywiście różni je tak wiele? A jeśli różni, to skąd taka zmiana?

Wrażliwość kobiety

Jedną z podpowiedzi mogą być kobiece bohaterki Kieślowskiego. To kobiety właśnie obdarzył w swoich filmach szczególną wrażliwością, nadświadomością, pięknem albo raczej – tęsknotą za pięknem. Widać to już w „Amatorze”, gdzie Irenka w pierwszej scenie przeżywa proroczy sen o dziecku, ale i później zdaje się wiedzieć więcej, a nawet przewidywać przyszłość. Czy nie jest do niej podobna Valentine z „Czerwonego”, która „wie” rzeczy, których nie powinna wiedzieć? Takich podobieństw jest więcej. Choćby bohaterka „Podwójnego życia Weroniki”, muzycznie utalentowana i postawiona przed wyborem: sztuka albo rzeczywistość. Takim samym, które wyczuwa się w dokumencie z roku 1978 „Siedem kobiet w różnym wieku” – filmie o baletnicach, które poprzez taniec mogą żyć w lepszym życiu. Tyle, że chwilowym i sztucznym.

Być może z próby oglądania świata oczami kobiety wzięła się właśnie forma ostatnich filmów reżysera – choćby oskarżonego o pretensjonalność „Niebieskiego” czy „Podwójnego życia Weroniki” realizowanego konsekwentnie z perspektywy kobiecej wrażliwości.

Jawna bajkowość

Twórczość Kieślowskiego wydaje mi się jednak spójna przede wszystkim z innego powodu. „Moje filmy to bajki o ludziach” – powtarzał często reżyser i dodawał: „Nie uważam się za artystę. jestem rzemieślnikiem. Człowiekiem, która zna niektóre podstawy pewnego zawodu”. czy była to jedynie kokieteria?

Kieślowski wielokrotnie tłumaczył, że zrezygnował z dokumenty, bo zdał sobie sprawę, że kamera zbyt mocno ingerowała w intymne życie ludzi (o tym opowiada m.in. „Horoskop”). być może za bardzo chciał kreować rzeczywistość (a nie tylko ją odtwarzać), być może zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że poprzez dokument nie jest w stanie naprawdę „dotknąć” życia.

W fabułach wielokrotnie dawał więc dyskretne znaki: to jedynie „bajki o ludziach”, niby-życie. W „Amatorze”, w „Siedmiu kobietach w różnym wieku”, w „Przypadku”. Ten filmowy cudzysłów stał się jeszcze bardziej widoczny, od kiedy Kieślowski zaczął pisać scenariusze razem z Krzysztofem Piesiewiczem. Ich wspólne filmy poruszały emocje widzów, zachwycały autentyzmem, a jednocześnie podkreślały swoją „bajkowość”, sztuczność. W precyzyjnej konstrukcji fabuły, w pomysłowych koncepcjach, w sposobie kreowania bohaterów przypominających określone modele (co widać już w „Dekalogu”), symbolicznych znakach, wreszcie w fabularnych grach z losem i przypadkiem, śmiertelnie poważnych, a zarazem ironicznych zabawach w Pana Boga.

Ostatnie filmy Kieślowskiego przestały już tę umowność ukrywać. Piękna forma była kolejnym – jak sądzę – stopniem podkreślania fikcyjności opowiadanych historii. Świadomie sięgał po gładkość, cyzelowane piękno, nawet kicz. I coraz bardziej odsłaniał siebie – opowiadacza „bajek”, filmowego demiurga. Tak samo jednak zagubionego i bezradnego wobec życia jak jego bohaterowie, co najpełniej widać w „Czerwonym” (postać Sędziego), najlepszym filmie Kieślowskiego ze zrealizowanych za granicą.

„To wszystko. Tylko tyle” – mówi Grażyna Szapołowska do Olafa Lubaszenki po jego pierwszym erotycznym doświadczeniu. Być może cała twórczość Kieślowskiego polegała na odzieraniu życia z mitów, a jednocześnie była próbą tworzenia mitu zupełnie innego. Kreowania własnego – na potrzeby filmu – wyobrażenia wiary, Boga, miłości, wolnej woli. W przypadku Kieślowskiego z upływem czasu coraz bardziej oddalającego się od rzeczywistości, chwilami pretensjonalnego, chwilami kiczowatego. Jednak ta sztuczność wyrastała z głębokiego przekonania, że bez tego rodzaju iluzji nie można naprawdę dotknąć życia.

Paweł T. Felis [Gazeta Telewizyjna, dodatek do Gazety Wyborczej nr.59, 10-16.03.2006]

__
Rafał Toborek
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear