Moja lepsza pamięć – wywiad z Martą Hryniak

Marta Hryniak ma 35 lat. Jest córką Krzysztofa Kieślowskiego i żoną Jana Hryniaka, również reżysera. Mieszka z mężem i córkami Zosią, 4,5 roku, i Nelą, 3,5, w Warszawie. Marta jest fotografem, każdego dnia robi kilkadziesiąt zdjęć, głównie swoim najbliższym. Dla nas otworzyła swoje albumy.

Jak przechowywać zdjęcia rodzinne? To pytanie zadaję sobie niemal codziennie. Przede wszystkim dlatego, że nie wyobrażam sobie dnia bez robienia zdjęć. Łatwo się domyślić, ile ich mam. Jestem z zawodu fotografem i portretowanie ludzi, zwłaszcza bliskich, mam chyba we krwi. Czasem mi się zdaje, że jeżeli czegoś nie sfotografuję, to tak jak by się to nie wydarzyło. Dlatego zdjęcia zajmują większą część pamięci komputera, są w komórce, w elektronicznej ramce. Powinnam je trzymać na twardym dysku o pojemności 500 gigabajtów, który kupiłam, żeby zrobić tak zwany „backup”, czyli bazę, na wypadek kradzieży laptopów. Ale dysk leży pusty, a fotografie nadal są w niebezpieczeństwie.

Kiedy tylko przychodzi ochota, patrzę na tatę w wielkim kożuchu, który wynosi na rękach z Urzędu Stanu Cywilnego przy ul. Wiśniowej moją chichoczącą mamę. Widzę też mamę we fryzurze „na małpę”. I siebie, kilkumiesięczną, raczkującą przed kawiarnią koło ul. Chełmskiej. Przede wszystkim jesteśmy jednak my: ja, Janek, czyli mój mąż, i nasze córeczki: Zosia i Nela. W różnych konfiguracjach i latach. Te zdjęcia, całkiem współczesne, już dziś mają dla mnie charakter archiwalny.

Podstawowym kryterium porządkowania zdjęć jest chronologia. O ile łatwo jest nią operować w przypadku zdjęć cyfrowych (są na nich daty), to segregowanie starych fotografii jest bardzo trudne. Moje zbiory w większości leżą w pudłach i skrzyniach. Co pewien czas obiecuję sobie, że zbiorę całą rodzinę i wspólnie ułożymy je w albumy. Bo kto rozpozna tego sierioznego faceta z wąsami w surducie, jeżeli nie babcia? Kto będzie wiedział, z kim malutki Janek siedzi w kąpieli? Rodzinne spotkanie jeszcze się nie odbyło, ale nadejdzie kiedyś ten dzień. I zrobię w końcu porządek z naszymi wspomnieniami.

Zdjęcia cyfrowe zrzucam do komputera i dzielę na foldery: wakacje Mazury 07.07, weekend majowy, 06, Dzień Dziecka w przedszkolu. Pod koniec roku przeglądam dziesiątki nagromadzonych folderów i robię selekcję. Najlepsze zdjęcia wrzucam do kolejnego folderu ? „2007 do druku” i, jak nakazuje nazwa, drukuję. U fotografa, nie na domowej drukarce, żeby były trwalsze. I robię album.

W 2006 roku zrobiłam takie albumy ? obejmujące sześć lat naszego życia ? dla całej rodziny, czyli dwóch babć, jednego dziadka, prababci i cioci. Wszyscy zawsze narzekali, że nie mogą pochwalić się wnuczkami, więc teraz mogą. Dla większości znajomych to prawdziwe wyzwanie, bo albumy mają po 500 zdjęć. Zaczynają się od grudnia 2001 roku, czyli naszego ślubu, jest nasze pierwsze mieszkanie na warszawskiej Ochocie. Potem rok 2003 i narodziny Zosi, a 12 miesięcy później na fotografiach pojawia się mały czarnowłosy i skośnooki „chińczyk”, czyli Nelcia. Są zdjęcia, które zrobiłam podczas remontu domu na Saskiej Kępie i, rzecz jasna, jest przeprowadzka. Pod koniec albumu do dwuletniej Neli przytula się pies, jamnik króliczy o imieniu Buzio. Chociaż w rzeczywistości jest wzrostu szczura, na zdjęciu z małą dziewczynką wygląda prawie jak zwykły szorściak. Znając jego kompleksy, podejrzewam, że lubi to zdjęcie.

Fotografie zajmują nie tylko całą pamięć komputera, ale także większą część powierzchni ścian mojego domu. Na parterze, w salonie jest ich najmniej, bo tu akurat cenię biel i spokój. Tylko nad stołem w stalowej ramce wisi cykl trzech portretów: ja i pięciomiesięczna Zosia na plaży. Znów jestem w ciąży, choć jeszcze o tym nie wiem. Aha, i jeszcze w przedpokoju piękne zdjęcie, które zrobiła mi koleżanka w Paryżu podczas sesji mody, jedynej w moim życiu. Wyglądam nieźle, każdy, kto wchodzi, musi to docenić. Najważniejszym jednak zdjęciem na parterze jest Zosia na fototapecie, która zajmuje całą ścianę w toalecie gościnnej. Zrobiliśmy ją ze zwykłego zdjęcia, portretu córeczki wyglądającej zza drzwi balkonowych, w studiu QPrint, www.qprint.com.pl. To genialny pomysł na wkomponowanie fotografii w już wcześniej zaaranżowane wnętrze.

Fotografia króluje dopiero na pierwszym piętrze. W gabinecie zdjęcia są dosłownie wszędzie, na kominku, na ścianach i biurku. Różne ramki, w tym cały urok. Czarne, srebrne, złote i drewniane. Niektóre rzeźbione, stylizowane, inne nowoczesne. Wiszą pozornie chaotycznie, na różnych wysokościach i w różnych odstępach. W wejściu do gabinetu jest zdjęcie z naszego ślubu, drugiego, bo kościelnego, zorganizowanego w dwa tygodnie. Śmiejemy się na nim, szczęśliwi. Janek w rozpiętej koszuli, ja w koronkowej bluzeczce, którą kupiłam cztery dni wcześniej w jakimś centrum handlowym. Zdjęcie jest spore, bez żadnej ramki, za to wydruk został zrobiony na specjalnym podkładzie fotoboard, o grubości centymetra. Jest więc ślub, ale nie ma poważnej oprawy. Zupełnie jak w naszym życiu.

Wybierając zdjęcia do powieszenia, staram się być sprawiedliwa: trochę dzieci, trochę nas i tyle samo jednej babci z młodości co drugiej. Wiem, jak bardzo może irytować przewaga w ilości eksponowanych zdjęć kogoś o podobnym statusie. Moje córeczki długi czas rywalizowały ze sobą w tej konkurencji. Zosia na fototapecie denerwowała Nelkę, a ta z kolei nie cierpiała plakatu z maleńką Nelą śpiącą w beciku. Stworzyła go projektantka Ania Kuczyńska dla swojej marki UEG i te – raz wisi w hallu na pierwszym piętrze. Zosia uważała, że lepiej być w beciku na plakacie niż na fototapecie w toalecie. I pewnie miała trochę racji.

Największym zdjęciem, jakie mamy w naszym domu, jest ogromna, około dwóch metrów na trzy, naklejka na szklanej ścianie garderoby dziecięcej, która góruje nad klatką schodową. Są na niej dziewczynki w ogrodniczkach i chusteczkach na głowach, baraszkujące wśród kwiatów na jasnozielonej łące. Zrobiła je dwa lata temu na Mazurach moja utalentowana mama. Odbitka wykonana została w technologii one way vision. Widać ją z zewnątrz, ale od wewnątrz garderoby jest przezroczysta. Zupełnie jak reklamy w autobusach, gdzie podpatrzyłam ten pomysł. Lubię niekonwencjonalnie i nowocześnie wykorzystaną fotografię. To dzięki niej nasz przedwojenny dom zyskuje młodą twarz. Oby utrzymał ją jak najdłużej.

Wywiad przeprowadzony z Martą Hryniak pochodzi z 2008 roku. Artykuł został udostępniony za pozwoleniem Kuriera Lubelskiego (www.kurierlubelski.pl).

__
Rafał Toborek
2 komentarze
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear