Kieślowski nieznany

Tak niedawno… 13 marca 1996 roku w wieku niespełna 55 lat zmarł w Warszawie na atak serca Krzysztof Kieślowski. To była pierwsza informacja, jaką podano tego dnia w telewizyjnych Wiadomościach, i trudno było uwierzyć w jej prawdziwość. Szok…

Zbieram materiały do biografii „reżysera duszy”. Rozmawiam z jego najbliższymi, z przyjaciółmi, współpracownikami z różnych okresów jego działalności. Przeglądam zdjęcia, teksty, wywiady… Gromadzone materiały są czasem smutne, czasem śmieszne. Na fotografiach widzę Kieślowskiego poważnego i wygłupiającego się (lubił zgrywać się, robić miny – wspominają jego bliscy współpracownicy), a dokumenty zaświadczają, że nie miał łatwego życia (dopiero za trzecim podejściem zdał egzamin do szkoły filmowej, potem miał kłopoty z cenzurą, otrzymywał odmowy wydania paszportu – wtedy nie on jeden).

Im więcej wiem, tym bardziej nieznany jawi mi się Kieślowski. A chciałbym np. wiedzieć: skąd się wzięła ta jego wrażliwość? Skąd to uważne spojrzenie i przenikliwość, skąd początkowy entuzjazm i późniejszy pesymizm? skąd odwaga, talent, rzetelność… I skąd ta wielka, niespodziewana, międzynarodowa kariera? Skąd…?

Czy źródła tkwią w doświadczeniach dzieciństwa spędzonego na pociągowych podróżach i nieustannych przeprowadzkach? Jaką rolę odegrała tu wczesna śmierć ojca, konieczność szybkiego usamodzielnienia się, a może inspiracją była dla niego chęć wyrwania się z powojennej biedy, z tamtej atmosfery społecznej i tęsknota za wolnością i niezależnością? Bo w końcu stał się Kieślowski człowiekiem w miarę niezależnym. Nie poddał się komercjalnej presji. Nie osiadł na laurach. Kiedy inni wielcy polskiego kina nie wiedzieli, co zaproponować widzom, i balansowali między historycznymi rozrachunkami a tanią sensacją, on zaproponował… siebie. Kino Krzysztofa Kieślowskiego – co teraz, z perspektywy czasu staje się coraz bardziej widoczne – jest wyjątkowo osobiste. Jest takim wcale nie z tego powodu, że fascynacja samochodami zaowocowała m.in. filmem „Przed rajdem”, że pobyt w Liceum Technik Teatralnych zainspirował realizację głośnego „Personelu”, a wkrótce po narodzinach córki Marty Kieślowski postanowił nakręcić „Pierwszą miłość”. Osobisty ton jego rozmowy z widzem nie wynika też bezpośrednio z faktu, że jako reżyser powracał z kamerą do miejsc znanych z dzieciństwa (np. do Sokołowska na Dolnym Śląsku, gdzie mieszkał na początku lat 50., bo tam leczył gruźlicę jego ojciec)… Wynika on z prostoty opowiadania i zarazem wieloznaczności jego filmów.

Miałem szczęście nieco bliżej poznać Kieślowskiego wtedy, gdy był u szczytu sławy, i postanowił, że nie będzie robił więcej filmów. Ta decyzja nabrała więc symbolicznego charakteru – to było jakby przypomnienie, że w życiu zawsze jest coś za coś.

Zapytałem wtedy Kieślowskiego:

– Czy warto dzisiaj być reżyserem?

– Temu kogo lubię, nigdy bym tej drogi życia nie polecał… Są przynajmniej dwie rzeczy, które trzeba wiedzieć: bardzo rzadko udaje się reżyserowi uzyskać satysfakcję i równie rzadko udaje mu się zrobić to, co się zamierza… Ponoszone koszty są zawsze większe niż satysfakcja.

Innym razem stwierdził: „Jeżeli w życiu jest za łatwo, to może wtedy wcale nie jest dobrze”…

Wiosną 1944 roku nagrałem z Kieślowskim kilkanaście godzin rozmów. Po spisaniu z taśmy magnetofonowej dało to ponad sto stron maszynopisu.

– Niech pan z tego zrobi 36 – zaproponował reżyser. Nie wszystko jest na sprzedaż… Dokładnie 36 stronicowy wywiad znalazł się w książce „Kieślowski bez końca”.

Utkwiło mi w pamięci, że na żadne ze spotkań nie spóźnił się. Jak na artystę (nie lubił tego określenia – „jestem rzemieślnikiem” – mówił) – coś rzadkiego. Zdarzało się nawet, że w mokotowskiej „Mozaice” filmowców pojawiał się przed umówioną godziną. Później dowiedziałem się, że do punktualności zawsze przywiązywał dużą wagę. Nie lubię spóźnialstwa, obojętnie czyjego – swoich bliskich, znajomych czy nieznajomych. I własnego – bywało, że i on do kogoś nie na czas zdążył.

Swoich paryskich zapiskach notował: „Co chwilę dzwonię do domu – mojej żony i córki nie ma. Niepokoję się, bo o 18-tej przyjeżdża z Warszawy Krzysztof Piesiewicz, współscenarzysta, i nie ma kluczy do domu…” Nie ma kluczy – to go niepokoi. Potem może jednak zapisać:

„Wreszcie o 18:15 dzwonię kolejny raz: Krzysztof P. też już jest…”

Rocznik 1941 – wojenny. Niemalże rówieśnik noblisty, poety Josifa Brodskiego, również zmarłego na serce, zaledwie kilka miesięcy wcześniej. W ich drogach życiowych nietrudno zauważyć liczne podobieństwa. Niektórzy dostrzegają wspólne elementy biograficzne u Kieślowskiego i Camusa. Czyż nie są to ciekawe tropy dla badaczy artystycznych biografii?

Wspomnienia:

– Krzysztof w taki sam dokładny, precyzyjny sposób podchodził do swego silnika w samochodzie, jak i do złożonych, metafizycznych aspektów natury ludzkiej – mówi Krzysztof Piesiewicz.

– Był moim mistrzem w zakresie prac… stolarskich, ślusarskich i murarskich… Najpierw analizował, co należy zrobić i w jakim celu – najważniejsza była funkcjonalność, dobór właściwej technologii. Potem dokumentacja i przygotowanie „frontu robót”. Materiały idealnie poukładane, narzędzia dobrze naostrzone… Podobnie przygotowywał i robił filmy – o ludziach i dla ludzi – to już operator Jacek Petrycki.

Znany aktor:

„Pewnego razu postanowiliśmy, że upijemy jego psa. Rzucaliśmy mu kulki nasączone alkoholem. Pies bawił się doskonale, ale to my zasnęliśmy z upojenia…”

„W stanie wojennym planowaliśmy z Kieślem „napad” na samochód Urbana. Chcieliśmy przebić mu opony…”

– To wcale nie był taki facet, który nieustannie roztrząsa wielkie dylematy ludzkości. Był natomiast świetnym obserwatorem i zawsze potrafił dostrzec w codziennych sytuacjach i ludzkich postawach tę „drugą stronę medalu”, na ogół uchodzącą naszej uwadze – mówią mi ci, którym nie podoba się przypisywanie Kieślowskiemu cech „profesorskich”.

Jaki więc był Kieślowski naprawdę?

Stanisław Zawiślinski

Film dokumentalny – co to jest?

„Przez 10 lat robiłem filmy dokumentalne. Kochałem ten gatunek i porzuciłem go z żalem i wstydem: czułem się jak człowiek, który ucieka z tonącego okrętu zamiast ratować go lub z honorem pójść na dno. Film dokumentalny utonął. Zniknął przy ogólnym braku zainteresowania i dziś z podziwem obserwuję ludzi, którzy twierdzą, że istnieje i próbują to udowodnić, robiąc po prostu filmy.

Materia filmu dokumentalnego jest rzeczywistość, coś co istnieje naprawdę: prawdziwi ludzie, prawdziwe wydarzenia, prawdziwe uczucia, twarze, myśli, prawdziwa łza.

Istotą tego gatunku jest osobisty, subiektywny stosunek autora do tego wszystkiego, wyrażony zazwyczaj przez konstrukcje filmu (dramaturgię – jeśli ktoś woli), a osiągalny w mozolnej i fantastycznie ciekawej pracy w montażowni. Film dokumentalny nie opowiada o autorze; opowiada o świecie i ludziach z punktu widzenia autora. Ostrość, wyrazistość, jaskrawość tego autorskiego spojrzenia nadaje filmowi rangę.

Dlatego sprawozdania z meczu piłki nożnej, całymi dniami trwające relacje z wojny w Zatoce, kamera przekazująca na Ziemię obraz Armstronga, stawiającego stopę na Księżycu i telewizyjny reportaż o antylopie zżeranej przez lwa – mimo że operują rzeczywistymi wydarzeniami i prawdziwymi ludźmi, nie są filmami dokumentalnymi. Ich głównym założeniem jest bowiem obiektywność relacji.

Czy film dokumentalny dziś istnieje?

Mam nadzieję, że tak (…)”

Krzysztof Kieślowski

Artykuł autorstwa Stanisława Zawiślińskiego. Artykuł zawiera też wypowiedź Kieślowskiego „Film dokumentalny – co to jest?”. Materiał zamieszczony w magazynie „Film” (marzec 1998, str.98-101)
Tekst spisany i udostępniony przez Witolda „Syzyfa” Paczkowskiego

__
Witold Paczkowski
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear