Dziesięć razy Dekalog

Piesiewicz: Trzeba było stworzyć 10 anegdot łączących Bergmana z Hitchcockiem.

Sobolewski: Postój taksówek koło Bristolu przez wiele lat mijałem z lękiem.

Stuhr: Tarantino, zobaczywszy Krzysztofa, wykrzyknął: „Jest pan moim mistrzem”.

„Dekalog”, cykl filmów telewizyjnych Krzysztofa Kieślowskiego, ukazał się na DVD i kasetach wideo. Ten serial – co przecież rzadko zdarza się serialom – stał się legendą. O narodzinach tej legendy opowiadają nam współpracownicy Krzysztofa Kieślowskiego. Reżyserzy młodsi od autora „Dekalogu” starają się wyjaśnić, na czym polegał wpływ Kieślowskiego na innych twórców. A krytyk Tadeusz Sobolewski tłumaczy, dlaczego te filmy są doskonale rozumiane pod każdą szerokością geograficzną.

Krzysztof Globisz (główna rola w „Dekalogu”)

Zaproszenie do zagrania młodego adwokata w „Krótkim filmie o zabijaniu” było dla mnie ekscytującą, ale i stresującą niespodzianką. Krzysztof starał się, bym w pełni zrozumiał, o czym ta historia opowiada, jaki jest jej psychologiczny i moralny sens. Reżyser wymagał ode mnie stanowiska w konflikcie racji dotyczącym kary śmierci. Jeśli jestem jej przeciwnikiem, to przede wszystkim dzięki rozmowom z Kieślowskim, wtedy, w latach 80.

To był mój pierwszy kontakt z reżyserem filmowym. A Krzysztof wyróżniał się tym, że aktor był dla niego najważniejszy. Kiedy mówił, że teraz jest czas dla aktorów, czas na próbę, to nikt nie śmiał drgnąć. Podczas zdjęć, w czasie długich sekwencji więziennych, moje zaangażowanie jako aktora graniczyło z prywatnymi emocjami Krzysztofa Globisza. Kieślowski powstrzymywał mnie od różnych gestów i zachowań, gdyż zgodnie z surowym, oszczędnym stylem narracji musiałem być „wycofany”.

Jednym z odkryć Kieślowskiego był sposób pokazania zabijania i walki o życie. To nie trwa sekundę. Widzimy mozół zabijających i rozpaczliwą obronę zabijanych.

Krzysztof Piesiewicz (współtwórca scenariusza „Dekalogu”)

Pomysł „Dekalogu” zakiełkował w 1983 roku, w stanie wojennym, jeszcze przed „Bez końca”. Podczas krótkiej rozmowy ulicznej z Kieślowskim powiedziałem: „Słuchaj, jest chaos, ludzie są zagubieni, nie wiedzą, w jakim kierunku iść. Tylu wierzących zbiera się w kościołach, jedynej przestrzeni, gdzie mogą się gromadzić publicznie i czują się wolni. Trzeba zrobić „Dekalog””.

Dla mnie pierwszą inspiracją były „Normy moralne” Marii Ossowskiej, wybitnego teoretyka moralności i socjologa, wydane w latach 60., które moje pokolenie przyjęło jako objawienie i wstrząs zarazem. „Normy moralne” napisane były jakby rytmem Dekalogu, choć autorka nie była związana z Kościołem.

Drugą inspirację przyniósł mi niezwykły XV-wieczny obraz, który zobaczyłem w Muzeum Narodowym. Gruba deska podzielona była na 10 części, a na dziesięciu obrazach zilustrowany był Dekalog, w postaci różnych scen rodzajowych z tamtej epoki. Pomyślałem, że dziś trzeba zrobić to samo, tylko przy użyciu ruchomych obrazków.

Mimo wszelkich napięć i trudności świetnie nam się z Krzysztofem pracowało. Może dlatego, że – jak on kiedyś zażartował- obaj byliśmy z dokumentu. On opisywał rzeczywistość na taśmie, ja miałem wiedzę o życiu, jaką daje praktyka adwokacka.

Obaj mieliśmy poczucie, że porwaliśmy się na przedsięwzięcie niesłychanie ryzykowne. Ale wiedziałem, że jest to kwestia celu, jaki sobie stawiamy, i tonu. W żadnym wypadku nie chcieliśmy nakręcić czegoś, co byłoby teologiczną interpretacją Dziesięciu Przykazań. Naszym zamiarem było opowiedzenie dziesięciu autonomicznych historii, które zawierałyby pytania, a nie odpowiedzi.

Tych dziesięć wskazań Mojżesza to są propozycje, sugestie, jak żyć. I przystępując do pisania scenariusza, pamiętaliśmy, że życie jest bardzo skomplikowane i ludzka natura także. Wychodząc z takiego założenia, trzeba było stworzyć dziesięć anegdot „łączących Bergmana z Hitchcockiem”.

Najtrudniejszym do skonstruowania był dla nas pierwszy odcinek. To pierwsze zdanie Dekalogu mówi, że tak naprawdę niezależnie od tego, czy wierzysz w Boga, czy nie – jesteś ubogi, strzeż się pułapki pychy.

Dziś „Dekalog” przeżywa drugą młodość. Został niedawno wydany na DVD we Francji i w Stanach Zjednoczonych. Budzi zainteresowanie w Izraelu i w Indiach. Myślę, że magnesem jest postawa reżysera, który nie występuje w roli sędziego, pomimo win i słabości człowieka. A chaos moralny jest dziś jeszcze intensywniej odczuwany niż 20 lat temu.

Teresa Marczewska (główna rola w „Dekalogu VIII)

Do „Dekalogu” trafiłam dzięki zbiegowi okoliczności. Na kilka dni przed rozpoczęciem zdjęć Krzysztof poprosił, bym zagrała w zastępstwie innej aktorki. Zdecydowałam się bez wahania, bo szanowałam i lubiłam Krzysztofa.

Dostałam od niego szansę zagrania roli, którą bardzo sobie cenie ze względu na jej siłę dramatyczną i moralny sens. Moja bohaterka, Żydówka, przez dziesiątki lat żyła z przekonaniem, że ludzie są okrutni i podczas wojny skazali ją jako małą dziewczynkę na pewną śmierć, której cudem jednak uniknęła. Będąc dojrzałą kobietą, wraca do Polski, by odszukać osobę, która miała być sprawczynią jej nieszczęścia. Odkrywając prawdę, musi inaczej spojrzeć na wojenne wydarzenia i własną gorycz.

Ciąg przypadków sprawił, że konfrontacji bohaterek filmu towarzyszyło moje prywatne napięcie związane ze spotkaniem po latach z moją profesor z PWST Marią Kościałkowską, która grała ową pozornie okrutną Polkę. Kiedyś miałam wrażenie, że pani Maria nie darzy mnie sympatią, teraz współpracowałyśmy z przyjemnością.

Maja Komorowska (główna rola w „Dekalogu I”)

Przygotowując się do realizacji cyklu, Krzysztof Kieślowski zapytał mnie, jak próbowałabym wytłumaczyć dziecku istnienie Boga. Odpowiedziałam mu na to pytanie i tak zrodziła się moja kluczowa scena „Dekalogu I”.

Zagrałam kobietę, która wierzy i jest przeciwieństwem ojca chłopca, skrajnego racjonalisty. Mówienie o dobru, miłości jest trudne. Trzeba unikać zarówno patosu, jak i czułostkowości. Moja bohaterka stara się rozmawiać z dzieckiem tak, by nie wywołać u niego zniechęcenia czy rozdrażnienia. W tej sprawie miałam pełne zaufanie do Krzysztofa.

„Dekalog” wiele mówi o Krzysztofie jako człowieku, o jego umiejętności kontaktu z ludźmi. On nigdy, nawet przy najkrótszym spotkaniu, nie był zdawkowy. Pamiętało się jego uważne patrzenie, słuchanie i słowa, które zawsze cos znaczyły.

Janusz Gajos (główna rola „Dekalog IV”)

To było moje pierwsze zawodowe spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim. Tym ważniejsze, że w latach 80. zacząłem się uwalniać od stereotypów opinii na temat mojego aktorstwa.

Opowieść o niejednoznaczności uczuć między mężczyzną w średnim wieku a jego przybraną córką, studentką, nieznającej rodzinnej tajemnicy, była pełna autentyzmu i pozwalała na poważną rozmowę z widzami. Materia tej historii jest tak delikatna, że łatwo tu było przekroczyć granice dobrego smaku. Na planie starałem się przekonać reżysera, że nie wszystko, co zapisane, trzeba mówić. Nie wiedziałem jeszcze, że Krzysztof bardzo niechętnie akceptował zmiany w napisanych przez siebie dialogach. Krzysztof opowiadał o tym później w programie telewizyjnym. Stwierdził, że najpierw zrobiłem na nim niekorzystne wrażenie, bo próbowałem go przekonać, że z niektórych dialogów można z powodzeniem zrezygnować. Później, przy montażu, jak powiedział, zorientował się, że to ja mam rację. Tę jego wypowiedź traktuję jako szczególną nagrodę od reżysera dla aktora.

Jerzy Stuhr (główna rola w „Dekalogu”)

Po latach wspólnej współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, który nauczył mnie aktorstwa filmowego, miałem przywilej wyboru roli w „Dekalogu”. Chciałem zagrać w dziewiątej części, człowieka, który przeżywa kryzys małżeński. Krzysztof przychylił się do tej propozycji, lecz potem powiedział, że trochę się już zestarzałem do tej roli i ma dla mnie coś innego. Podejrzewam, że powziął już wtedy postanowienie, by mnie skojarzyć ze Zbyszkiem Zamachowskim w części humorystycznie opowiadającej o szansie na fortunę, przed jaką stają dwaj bracia po śmierci ojca, filatelisty.

Kieślowski zawsze miał pokusę nakręcenia komedii. Nie zrobił tego, bo inne potrzeby były silniejsze. Ale ekranowe poczucie humoru i komizm imponowały mu.

Mój bohater w „Dekalogu” to postać trochę pokrętna, ale bardzo męska, typ introwertyka. Podobało mi się to, że istnieje taka niezwykła harmonia między mną a Zbyszkiem Zamachowskim. Gdy Krzysztof pokazał nam pierwsze nakręcone materiały, widać było, że reagujemy bardzo podobnie. Okazało się, że Zbyszek ma taki sam sposób bycia na ekranie. Reżyser zaraz postanowił, by na zbliżeniach nigdy nie filmować nas oddzielnie.

W czasie pracy uświadomiłem sobie też, jak bardzo z Krzysztofem jesteśmy sobie bliscy w myśleniu o życiu, mimo że jego poszukiwanie Boga było mi obce.

Jeżdżąc po świecie, mogłem obserwować wielki sukces „Dekalogu”. We Włoszech, które są mi najbliższe, stał się dziełem kultowym. Świetnie pisano o nim w całej Europie. Ciekawostką może być to, że podczas jednego z festiwali Quentin Tarantino, zobaczywszy Krzysztofa, wykrzyczał: „Pan jest moim mistrzem! Na „Krótkim filmie o zabijaniu” uczyłem się kina!”.

Tadeusz Sobolewski (krytyk)

Pamiętam ,jakie wrażenie w „Dekalogu I” robiła rozmowa Mai Komorowskiej z chłopcem
o Bogu – że jest między nami. To był moment prawdy, jakiego nie znaliśmy wcześniej z telewizji. Nie dlatego, że u Kieślowskiego było pobożnie, bo wcale nie było, tylko dlatego, że było uczciwie. Film oglądał z nami teść, ateista. Był bardzo przejęty. A potem Kieślowski spytał mnie, czy nie znam jakiegoś wybitnego księdza. Poleciłem mu dominikanina Jacka Salija. Nakręcili dla BBC jego entuzjastyczną wypowiedź o „Dekalogu”. Mówił, że to uczciwy film, nadaje się na katechezę.

Filip Bajon (reżyser)

W „Dekalogu” jesteśmy świadkami bardzo bolesnej chwilami demistyfikacji ludzkich zachowań i postaw widzianych z perspektywy Dziesięciu Przykazań. Krzysztof zdziera maski i pokazuje nasze słabości i ułomności.

Najlepszy, moim zdaniem jest „Dekalog VI”. Odważny, piękny i głęboki film o miłości, o pragnieniu miłości. Jeśli „Dekalog” odniósł sukces nie tylko we Włoszech, Hiszpanii i Francji, ale także w północnej Europie i trafił do widzów w USA, to również dlatego, że jest przeniknięty duchem protestanckim. Tworzy bliskie im wyobrażenie chłodnego, ale miłosiernego Boga.

Piotr Trzaskalski (reżyser)

Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie części: piąta i szósta. „Dekalog V” pierwszy w Polsce film, który pokazywał, że morderca może być zabity na naszych oczach, na oczach społeczeństwa, które chce go ukarać. Zadajemy mordercy cierpienie tak potworne jak to, które on zadawał swojej ofierze. Przeżyłem szok. Kieślowski to pokazał pierwszy, przed Larsem von Terierem, którego „Tańcząc w ciemnościach” jest zwykłym epatowaniem widza. To film bardzo odważny, atakujący nas wszystkich, którzy bywamy chwiejni w swoich poglądach na temat moralności, winy i kary.

Z „Dekalogu VI” zapamiętałem przede wszystkim Olafa Lubaszenkę, którego bohater ze swoją nieśmiałością i samotnością uwikłał się w beznadziejną fascynację miłosną. Kieślowski świetnie pokazał zderzenie jego marzeń z wyrafinowaniem pięknej sąsiadki. Mimo smutku tej konfrontacji pozostaje nadzieja.

Łukasz Barczyk (reżyser)

Najwyżej cenie część piątą. Zobaczyłem ją pierwszy raz kilka lat temu. Wstrząsnęła mną. Spowodowała obrzydzenie przemocą. Efekt, który w dzisiejszych czasach, pokazujących piękno przemocy, jest bardzo rzadki. Dwa razy nie mogłem wytrzymać kontaktu z ekranem: podczas sceny zabójstwa taksówkarza i przed egzekucją. Znakomita postać kata, poza realizmem. Spotkanie z katem to wydarzenie metafizyczne, skonstruowane z porażającą prostotą. Oszczędny i mądry film, jeden z najważniejszych w polskim kinie.

Artykuł autorstwa Krzysztofa Demidowicza, zamieszczony w magazynie „Film” (grudzień, 2003 rok)
Tekst spisany i udostępniony przez Witolda „Syzyfa” Paczkowskiego

__
Witold Paczkowski
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear