100 pytań do Krzysztofa Kieślowskiego (część I)

Zapis programu

LEKTOR: Tym razem 100 pytań do znakomitego reżysera, jednego z tych, którzy bardzo korzystnie wpływają na średnią nagród przyznawanym polskim twórcom filmowym. Ostatnio nasza statystyka znów zyskała w tym względzie za sprawą Europejskiej Nagrody Filmowej, jaką wyróżniony został „Krótki Film O Zabijaniu” po poprzednim sukcesie w Cannes. Całkiem niedawno inny obraz tego reżysera „Krótki film o miłości” na festiwalu w San Sebastian otrzymał aż trzy nagrody, co daje nadzieję na to, że docenią go także w Polsce. 100 pytań do Krzysztofa Kieślowskiego.

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Dzień dobry Państwu. To jest Pan Krzysztof Kieślowski, znakomity reżyser, o którym już we wstępie kilka słów Państwu powiedzieliśmy, ale który to wstęp może chciałabym uzupełnić taką krótką ankietką – pozwólmy sobie na nią. Data urodzenia może być u mężczyzny, prawda?

Krzysztof Kieslowski: Data urodzenia – dwadzieścia siedem zero sześć czterdzieści jeden.

A.G: Czterdzieści siedem lat chyba gdzieś tak…

K.K.: Czterdzieści osiem, jeśli mamy rok 89

A.G.: Chyba tak, chyba mamy. Żonaty na pewno?

K.K: Żonaty

A.G.: Dzieci?

K.K.: Jedno.

A.G. Chłopiec czy dziewczynka?

K.K.: Kobitka, szesnaście i pół roku.

A.G.: Ukończył Pan Wyższą Szkołę Filmową w Łodzi i to jest tyle, jeśli chodzi o wykształcenie?

K.K.: No tak

A.G.: Ja bym jeszcze chciała taką okrągłą sumę. Czy mógłby mi Pan powiedzieć, ileż to nagród ma Pan na swoim koncie? Jeśli Pan kiedykolwiek podliczał.

K.K.: Nie, nie podliczałem.

A.G.: A to tego się już Państwo nie dowiedzą dzisiaj. No a teraz proszę Państwa rozpoczynamy spotkanie z Panem Krzysztofem Kieślowskim. Bardzo proszę.

Tomasz Musiał (wprost): Szczególnie w ostatnim czasie Pańskie filmy zostały obsypane deszczem wręcz nagród, jednak w parze za tym nie poszło zainteresowanie widowni, sale kinowe świecą pustkami, szczególnie na Krótkim Filmie o Zabijaniu. Czy nie ma Pan z tego powodu takiego „kompleksu Machulskiego”?

K.K.: Kompleks Machulskiego? A co to jest kompleks Machulskiego?

T.M.: No to jest kompleks, który powinien mieć reżyser wobec innego reżysera, na którego filmy ludzie bardzo chętnie chodzą?

K.K.: Znaczy ma Pan na myśli powiedzmy kompleks Bergmana wobec Spielberga? Tak? Jakby porównywać te gatunki. Nie sądzę, aby Bergman miał jakikolwiek kompleks wobec Spielberga.

T.M.: A jednak na Bergmana filmy ludzie chodzą dosyć chętnie.

K.K.: No różnie to bywało wie Pan. Był Pan może na Fanny i Aleksander?

T.M.: Byłem

K.K.: No ja byłem. Jaka była sala? Ja byłem w towarzystwie czterech osób. Nie sądzę, żeby on miał kompleks. Machulski robi swoje filmy, bardzo się cieszę, że je robi, bardzo się martwię, jeśli robi gorsze, bardzo się cieszę, jeśli robi lepsze, bardzo się cieszę, jeśli przychodzi na to kupa ludzi, bo to jest jego cel. Poza tym wie Pan, to też jest tak, że On nie tylko bawi. On ma zawsze w filmie jednak jakąś tam myśl, tylko znajduje dla tych filmów formę, która przyciąga publiczność. Bardzo mnie to cieszy powiem Panu. Natomiast ja nie szukam takiej formy i nie umiem jej – przede wszystkim jej chyba nie umiem – to na tym polega.

Barbara Sierszuła (tygodnik demokratyczny): Zanussi powiedział tak: Obserwując reakcje publiczności na filmy Krzysztofa Kieślowskiego, najbliższego mi z polskich twórców, jestem zasmucony faktem, że kontakt, jaki mieliśmy z inteligencją w latach siedemdziesiątych uległ zachwianiu, że inteligencja woli Gwiezdne Wojny, Izarę itd.”. Jakby Pan skomentował taki punkt widzenia i swój własny niedosyt z powodu braku kontaktu z inteligencją, na którą przecież chyba Pan liczy.

K.K.: Proszę Panią, co mi pozostaje po tym, co powiedział Zanussi powiedzieć. No oczywiście – on ma rację. No niestety tak jest. To jest to, o czym mówiłem przed chwileczką Panu, że ja nie wiem dokładnie, czego chcą ludzie, nawet nie wiem, czego chce inteligencja. Czy Pani wie? Czy ktokolwiek w ogóle wie, czego ludzie chcą? Ja myślę, że chcą spokoju.

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Ja myślę, że inteligencja w tym kraju jest zmęczona zwyczajnie i dlatego przychodzi na Gwiezdne Wojny

K.K.: Proszę Panią – inteligencja jest zmęczona i chłopstwo jest zmęczone i rzemieślnicy są zmęczeni i robotnicy są zmęczeni i sprzątaczki – wszyscy są zmęczeni. Wszyscy są strasznie zmęczeni.

Ewa Czeszejko-Sochacka (Kino): W Pana filmach, a mam na myśli przede wszystkim Przypadek i Krótki Film o Zabijaniu, mamy do czynienia ze zjawiskiem determinizmu, – tzn. Pana bohaterowie mają wolną wolę, podejmują jakieś czyny, ale zawsze ich działaniem kieruje jakiś ukryty plan. I np. w Krótkim Filmie o Zabijaniu nie to jest straszne, że popełniono zbrodnię, tylko to, że do niej musiało dojść. Czy ta zasada determinizmu to jest taki chwyt artystyczny, który Pan często stosuje w filmach, czy także jest to jakiś światopogląd – tzn. sposób widzenia rzeczywistości Pana, jako prywatnej osoby?

K.K.: Chyba i to i to wie Pani. Ja bym tego nie nazwał determinizmem. Może ja bym to nazwał nieuchronnością. Niektórzy mówią na to przypadek, ktoś inny zbieg okoliczności, ktoś inny mówi „tak musiało być”. Tak, jest tak, bo tak mi się wydaje, że jest w ogóle, dlatego jest tak w filmach mniej więcej. To, jacy my jesteśmy – mam na myśli to czy jesteśmy ludźmi przyzwoitymi czy świniami – w dużym stopniu zależy od całego szeregu rzeczy, które się za nami ciągną tzn. od tego, kim był nasz dziadek, pradziadek i prapradziadek, kim byli nasi rodzice, jak żyli, co na mówili, kiedy mieliśmy pięć, cztery, siedem lat, kto nas bił po łapach jak wyjadaliśmy cukier z cukierniczki itd. to w dużym stopniu od tego zależy. W jakimś sensie to tak musi być. My musimy być tacy jak nas wychowano, w jakim świecie się obracaliśmy, wśród jakich ludzi wyrastaliśmy, musimy tacy być. Natomiast to jak my żyjemy – a więc czy siedzimy po tej czy po tamtej stronie stołu, to jest w dużym stopniu zależne od przypadku. Ja myślę, że bardzo wiele przypadków spowodowało, że ja tutaj siedzę i jest tak samo dużo przypadków, które spowodowały, że Pani siedzi tutaj, gdzie Pani siedzi.

Olga Michalczuk (tvp): Ale czy to przypadek, że Krzysztof Kieślowski nie wyjechał po osiemdziesiątym dziewiątym roku z Polski, tak jak wielu innych reżyserów?

K.K.: Wie Pani, może i przypadek. Powiem Pani, że np. bardzo się przyjaźniłem i przyjaźnię z Agnieszką Holland i bez przerwy wyjeżdżając gdzieś za granicę razem często nam się zdarzało – mówię o niej, ponieważ Pani zapytała o tan właśnie wypadek czy przypadek – bez przerwy mówiliśmy o tym jak my wrócimy, jeśli coś się stanie w Polsce w roku osiemdziesiątym czy osiemdziesiątym pierwszym. I tak się złożyło, że ja w osiemdziesiątym pierwszym roku byłem w Polsce a ona była w Szwecji, kiedy zdarzył się trzynasty grudnia. Nie wiem jakby było inaczej – przypuszczam, że bym wrócił, myślę, że bym wrócił.

Janusz Michalak (wprost): Proszę Pana – wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego w środowisku tak zwanym trwał bojkot jak to się później nazywało. Jednocześnie wiadomo było, że Pan np. zajął swoistą postawę w ramach tego bojkotu. Znane było takie powiedzenie: „Ja tego nie akceptuję – ja muszę w tym czy z tym żyć”

K.K.: Tak

J.M.: Czy Pan nadal wyznaje taką filozofię? A jeżeli nie, to kiedy przestał Pan?

K.K.: Nadal wyznaję taką filozofię, ponieważ tego, co jest dookoła nie akceptuję i muszę w tym żyć i będę w tym żył.

J.M.: A jak się Pan ustosunkuje wobec tego do wyznań Agnieszki Holland udzielonych również po wprowadzeniu stanu wojennego wtedy, kiedy Ona wyjechała, kiedy Ona twierdzi, że okres kina tzw. „moralnego niepokoju”, do którego Pan też jest przypisywany, w tym okresie twórcy, Wy niejako graliście z cenzurą poprzez tworzenie filmów aluzyjnych staraliście się powiedzieć prawdy polityczne. Czy to prawda? Czy Pan wtedy również chciał być twórcą politycznym, ale Pan nim nie mógł być?

K.K.; Proszę Pana, jest teoria, że wszystko jest polityką i jest teoria, że nic nie jest polityką. Ja w tej chwili raczej jestem bliższy temu drugiemu stwierdzeniu. Natomiast jest oczywiste, że jeżeli są gęsto rozstawione tyczki slalomu, to narciarz musi się pochylać, żeby je minąć. Te tyczki rozstawiła – już wspominałem tutaj o bardzo dobrej i bardzo lubię mówić o pracy cenzury, bo jest jedna z niewielu instytucji, która funkcjonuje w Polsce naprawdę dobrze, sprawnie. Nigdy się nie myli, zawsze jest precyzyjna. W odpowiednim momencie przyjdzie, nie postaw stempla albo postawi stempel, jeśli uzna to za słuszne. To jest jedna z niewielu instytucji, która funkcjonuje, jako tako sprawnie.

J.M.: Pan lubi cenzurę?

K.K.: Nie, ja bardzo nie lubię cenzury, natomiast z przyjemnością mówię o czymś, co w Polsce funkcjonuje jako tako, ponieważ nic nie funkcjonuje jako tako wobec tego z przyjemnością mówię o tym, co funkcjonuje jako tako. Bardzo tego nie lubię, ale mówię o tym z przyjemnością. Doceniam fachowość. Więc jeśli oni sprytnie – a sprytnie to robili – porozstawiali tyczki na stoku, to wszyscy my, narciarze nieszczęśliwi musieliśmy się jakoś w tym slalomie zmieścić, jeżeli chcieliśmy w ogóle być na tej górze. Oczywiście, że tak.

J.M.: Czyli uprawiał Pan ten slalom

K.K.: Oczywiście, że uprawiałem ten slalom

Głos z Sali: Uprawiałem?

K.K.: Uprawiałem, uprawiam i będę uprawiał.

Krzysztof
Kaszyński: Mówi Pan, że tylko cenzura jako tako funkcjonuje, ale w wypadku gdyby wszystko funkcjonowało jako tako w Polsce to w takim razie nie mógłby Pan robić filmów.

K.K.: Może to jest racja. Może to dobrze, że jest bałagan.

Rafał Roykiewicz (itd.): Słynie Pan z sympatii dla dokumentu. W Pana filmach ta stylistyka paradokumentalna jest dostrzegalna, widoczna i ważna. Lubi Pan i uprawia Pan kino współczesne, czasem bardzo aktualne. Czy w związku z tym nie korci Pana rzucenie takiego zupełnego wyzwania rzeczywistości i zastosowania metody, którą posłużył się np. Andrzej Wajda przy realizacji Człowieka z Żelaza; przetkania filmu maksymalnie faktami, które się dzieją tuż obok jeszcze gorącą atmosferą.

K.K.: Znaczy, Pan ma na myśli rzeczywistość czy Pan ma na myśli politykę, bo to są dość dwie różne rzeczy?

R.R.: Myślę, że jedno i drugie – to się często styka.

K.K.: No to się często styka, ale nie musi się stykać

R.R.: Nie musi

K.K.: nie, nie musi

K.K.: Widzi Pan, jeśli chodzi o używanie, że tak powiem osób, postaci czy wydarzeń istniejących to ja to bardzo często robiłem kiedyś. Potem już przestałem to robić z różnych względów – to może nawet nie jest temat akurat może nie jest to moment, żeby o tym mówić. Natomiast, jeśli chodzi o politykę to powiem Panu, że nie – że to mnie w ogóle nie korci. Że polityka wydaje mi się dużo nudniejsza niż życie.

Bogdan Zagroba (film): Dlaczego zrezygnował Pan w latach osiemdziesiątych z dokumentu? Czy z tego powodu, że gdzieś te tyczki zostały rozstawione zbyt ciasno?

K.K.: Nie, nie dlatego, bo one są rozstawione tak samo w filmie dokumentalnym jak fabularnym. To jest dokładnie to samo. To nie jest ten problem. Ja myślę, że tu się nałożyło kilka rzeczy naraz i byłoby dosyć podejrzewam dla Państwa męczące, gdybym zbyt szczegółowo o tym próbował opowiadać. Natomiast generalnie biorąc myślę, że tak: po pierwsze – film dokumentalny to jest film, za którym zawsze stoi żywy człowiek – żywe, prawdziwe życie. Ponieważ kilka razy zdarzyło mi się, że było niebezpieczeństwo, bardzo wyraźne niebezpieczeństwo – udało mi się go uniknąć, ale było bardzo wyraźne niebezpieczeństwo, że zaszkodzę komuś robiąc, używając go czy robiąc o nim film – po prostu zrozumiałem, że nie chcę ponosić za to odpowiedzialności. Akurat tu i teraz, bo Pan kiedyś pytał – tu i teraz, właśnie wtedy i tu mogłem komuś zaszkodzić i z tego powodu się wycofałem – to jest jeden powód. To zresztą jest, jeżeli Państwo oglądaliście, znowu się odwołam do jakiegoś przykładu, który być może niektórzy Państwo będziecie pamiętali – „Chłodnym okiem” film Wexlera prawda? Dość dobry film amerykański, w którym autor nagle się zorientował, że przestaje być reżyserem czy przestaje być reporterem telewizyjnym a staje się informatorem policji. Po prostu zorientował się, że tak jest i w związku z tym popadł w pewnego rodzaju tarapaty moralne. Otóż nie chciałem popaść w takie tarapaty i w związku z tym przestałem robić filmy dokumentalne – ale to jest tylko jeden z powodów – być może jeden z ważniejszych powodów. A być może jest też coś takiego, że kino dokumentalne zupełnie zaczęło tracić i w tej chwili już go chyba w ogóle nie ma.

Rafał Roykiewicz (itd.): Czy Proszę Pana podczas realizacji Dekalogu, nie miał Pan jakiś obaw, że przy kręceniu filmów, które są, tworzą niezależne całości, ale jednak są jednolite w pewnej konwencji i artystycznej i jakoś intelektualnej – że w którymś momencie zabraknie Panu środków ekspresji język tak zwany język filmowy będzie się powtarzał, jakieś fragmenty będą się powtarzać nieświadomie lub może przeciwnie – czy zmierzał Pan do tego żeby autocytować niektóre partie po to, żeby wytworzyć wrażenie jednolitości tego cyklu?

K.K.: Oczywiście, że miałem takie obawy, już mówiliśmy o strachu, zawsze się boję, wszystkiego się boję. Tak samo i tego się bałem naturalnie. Ale wie Pan – znalazłem na to sposób – to znaczy, który rzeczywiście zafunkcjonował – mianowicie poprosiłem do każdego z tych filmów innego operatora i w efekcie każdy z tych filmów robił inny operator i to spowodowało, że po pierwsze te filmy, no to jest, znaczy tak wie Pan się zrobiło, że po prostu, jeśli jest dziesięciu operatorów – ściślej mówić dziewięciu, bo Piotrek Sobociński robił dwa filmy. Jeżeli jest dziewięciu operatorów i to właściwie poza Witoldem Sobocińskim, Jurkiem Zielińskim i Witkiem Dąbalem to miałem, to poprosiłem wszystkich polskich najlepszych operatorów

Głos z Sali: Także Idziaka

K.K.: Także Sławka Idziaka, Edka Kłosińskiego, Witka Adamka, Andrzeja Jaroszewicza – nie będę już teraz wymieniał wszystkich, bo to by chwilę trwało, chociaż chętnie bym to zrobił, bo to jest bardzo ciekawe jak się mianowicie pracuje z takimi dziesięcioma różnymi operatorami. To się wytworzył oczywiście czy tego się chce czy tego się nie chce – wytworzył się rodzaj konkursu. Każdy z nich chciał zrobić lepsze, inne zdjęcia od innego, co bardzo mi pomogło i bardzo pomogło tym filmom. W efekcie pewnie, że te filmy mają pewien wspólny mianownik formalny, bo w końcu też ja tam byłem na tym planie, ale różnią się między sobą i uniknęliśmy tego okropnego tej okropnej sztampy, która się wytwarza w realizacjach dłuższych niż dwa, trzy miesiące, że mianowicie z góry wszyscy wiedzą – tu są dziury od statywu, tu będzie stała kamera, tu światło wiadomo, że stąd. Było cały czas inaczej. Ktoś brał kamerę na ramię, ktoś ustawiał ją na jeździe, ktoś robił ujęcie, ktoś wolał inscenizować statycznie. I tutaj dawałem moim kolegom i przyjaciołom operatorom ogromną wolność, ponieważ uważałem, że w tym jest właśnie moja szansa, że oni będą to fotografować tak jak będą chcieli. O spowodowało prawdopodobnie, żeśmy się nie nudzili. Nie tylko ja się nie nudziłem, ale nie nudziła się także ekipa, co jest strasznie. To jest sześćdziesiąt osób, które jak zaczyna się kołowrót, monotonność takiego schematu czy schematyzmu czy powtarzalności – po prostu się nudzą. Dzięki temu, że przychodził, co chwila ktoś nowy – mianowicie, co miesiąc ktoś nowy, zmieniał wszystko no było troszkę bardziej interesująco. Nie mówię, że było fantastycznie interesująco, ale nie było aż tak nudno jak zazwyczaj bywa. Więc to mi pozwoliło prawdopodobnie w ogóle ten cały cykl zrobić, że byłem ciekaw rano wstając jak dzisiaj Andrzej Jaroszewicz ustawi kamerę, bo jeszcze nie wiedziałem jak, bo przedtem z nim nie pracowałem.

R.R.: Dziękuję.

Adam Horoszczak (ekran): Zdarzyło mi się uczestniczyć w kilku Pańskich konferencjach prasowych na dużych festiwalach międzynarodowych min 10 lat temu w Moskwie z okazji Amatora, 2 lata temu, rok temu w Cannes po projekcji krótkiego filmu o zabijaniu. Zawsze mi bardzo imponowała u Pana szczerość i spontaniczność odpowiedzi na pytania dziennikarzy no na takim targowisku próżności jak Cannes szczególnie czasami obcesowych i kąśliwych. Przypominam sobie jedno z takich pytań, jeśli się mylę to proszę mnie skorygować. Któryś z dziennikarzy zapytał Pana wręcz w kontekście zapewne sceny, jednej z ostatnich scen krótkiego filmu – sceny pociechy religijnej – czy wierzy Pan w Boga. I wtedy odpowiedział Pan, że wierzy Pan w istotę najwyższą, ale nie potrzebuje Pan pośredników – czy tak było? W laickiej Francji tego rodzaju odpowiedź specjalnie nie szokuje. No w bardzo katolickiej Polsce może się wydać dość taka osobliwa. Ale tu pytanie konkretne – czy rzeczywiście wierzy Pan w mobilizującą moc w naszym skołowanym, wymęczonym, zdemoralizowanym społeczeństwie w mobilizującą moc Pańskiego telewizyjnego Dekalogu.

K.K.: Nie. W mobilizującą?

A.H. W mobilizującą naturalnie

K.K.: Nie nie, ja w nic nie wierzę. W ogóle w takie rzeczy nie wierzę. Nie wierzę w żadną mobilizującą moc, w żadną mobilizującą rolę takiego cyklu. To zresztą nie jest serial, tylko jest to cykl filmów. Absolutnie w to nie wierzę. Natomiast wierzę, że być może ktoś kiedyś będzie chciał się nad czymś w związku z takimi filmami zastanowić.

A.H. A ja nie wierzę w szczerość Pańskiej odpowiedzi. W głębi duszy Pan by nie przystąpił do roboty.

K.K.: Owszem, przystąpiłbym do roboty, bo to jest mój zawód i go muszę wykonywać, ponieważ nie mam innego. Być może gdybym miał inny robiłbym zupełnie, co innego.

A.H.: No jest to odpowiedź na tak a nie na to studio

Anna Grzeszczuk – Gałązka: Ale czy samo rzeczywiście klejenie, składanie scen jest na tyle znakomitym zajęciem, że warto temu poświęcić życie czy jednak coś głębszego się za tym kryć musi.

K.K.: Proszę Pani, gdybym wrócił z powrotem do początku, prawdopodobnie nie zostałbym tym, kim jestem.

Wojciech Łuczak (sztandar młodych): W Gdańsku powiedział Pan wyraźnie i tutaj jest to zarejestrowane w telewizji, że krótki film o zabijaniu jest jakimś rodzajem manifestu przeciwko karze śmierci; zresztą to jest trywialne

K.K.: Nie, nie tak nie powiedziałem. To nawet, jeżeli Pan sięgnie do… Na pewno nie mówiłem tam nic o manifeście i na pewno też nie mówiłem o tym, że to jest o karze śmierci. To jest film przeciwko zabijaniu

W.Ł.: Przeciwko zabijaniu. Dobrze, dobrze

K.K.: Dokładnie, tak się nazywa

W.Ł: Dobrze, umówmy się, że jest to film przeciwko zabijaniu w takim razie

K.K.: Tak

W.Ł.: Proszę Pana, czy sądzi Pan, że tym swoim filmem; bo sądzę, że chciał Pan poruszyć i sumienia i nie tylko, w ogóle wzruszyć społeczeństwo, w ogóle zwrócić uwagę na sam problem śmierci jak sądzę

K.K.: No, powiedzmy

W.Ł.: No, jeśli Pan się zgadza z tym to Proszę Pana niech mi Pan powie czy Pan sądzi, że Pan dotarł do tego społeczeństwa, bo mnie się wydaje, że ciągle dyskutując o karze śmierci o pewnych problemach politycznych, obracamy się w kręgu kilkunastu warszawskich ulic i do tych ulic, do publiczności z tych ulic są adresowane właśnie tego typu obrazy. Natomiast wie Pan, jakie
są na przykład reakcje na krótki film o zabijaniu na tzw. prowincji – ludzie przychodzą, bo zobaczyć kogoś powieszonego to jest coś ciekawego tak jak w czasie rewolucji francuskiej chodzono na spektakle pod szafotem. Natomiast nikogo to nie wzrusza – wręcz przeciwnie są głosy, które ja słyszałem z tzw. prowincji, że po prostu ta kara śmierci no to jest coś koniecznego.

K.K.: Tak, takie są głosy, to jest prawda

W.Ł.: Dobrze, w związku z tym powracam do mojego pytania – czy Pan uważa, że Pan osiągnął jakiś cel poruszając społeczeństwo, no nie wiem – mobilizując, przeciwko bo tak jak sądzę chciał Pan zmobilizować

K.K.: Nie właśnie to jest – nie porozumienie polega na tym, że Pan zakłada, że ja coś tym filmem coś chciałem osiągnąć. Otóż ja Panu melduję czy Państwu melduję, że ja nic nie chciałem osiągnąć. Nic nie chciałem osiągnąć, ponieważ filmem nic nie można osiągnąć, wie Pan? Filmem nic nie można osiągnąć.

Głos z Sali: To, po co Pan je robi?

K.K.: Proszę Pani – żeby porozmawiać. Po to robię filmy – żeby porozmawiać na jakiś temat, który uważam za ważny dzisiaj, może jutro będę uważał inny temat za ważny. Po to robię filmy. Natomiast nie uważam, że filmem można cokolwiek zmienić. To, co Pan powiada o rewolucji francuskiej jest bardzo słuszne, jest bardzo trafne – tylko niech Pan zwróci uwagę, że po tych właśnie marszach i oglądaniach gilotyny, tą karę jednak w tym kraju zlikwidowano. Więc być może

W.Ł.: Ale dopiero w latach siedemdziesiątych

K.K.: Ja wiem o tym, że bardzo późno. A może my też późno zlikwidujemy

W.Ł.: Rozumiem

K.K.: I może w jakimś sensie trzeba do tego iść. To nie jest moment, to nie jest chwila.

W.Ł. Pan chce przecierać te ścieżkę

K.K.: Nie, ja nic nie chcę

W.Ł.: No, ale ta sugestia się tutaj u Pana pojawia

K.K.: Nie, nie pojawia się taka sugestia

W.Ł. Może zaczniemy taką dyskusję

K.K.: Może zaczniemy. Na pewno ja tego filmem nie zmienię

Bogdan Zagroba (film): Może zaczniemy od bardziej rozszerzonej dyskusji, nie takiej uproszczonej dzieła Pana Kieślowskiego. Po pierwsze nie jest to film tylko o zabijaniu. Ten film i to jest najważniejsze, wpisana jest pewna diagnoza społeczeństwa polskiego drugiej połowy lat osiemdziesiątych. To podwójne zabijanie najpierw przez młodego człowieka, potem w imieniu sprawiedliwości jest pewną kwintesencją sytuacji, którą Pan Kieslowski bardzo precyzyjnie określa. Konsekwentnie uprawia Pan kino diagnozy i polemiki. Czy tą formułę uprawia Pan od początku twórczości dokumentalnej i czy Pan tą opinię potwierdza?

K.K.: Nie wiem. Ja sam siebie nie potrafię sklasyfikować. To Państwo się zajmujecie klasyfikacją. Ja się zawsze buntuję czy też nie zgadzam na wkładanie do jakiś teczek z napisem.

Błażej Baraniak Leszczyński (wprost): Proszę Pana, Pan powiedział, że nie chce Pan niczego załatwić przy pomocy filmów, które Pan kręci, ale, że chce Pan porozmawiać przy pomocy tych filmów. Tzn. zakłada Pan jakby dialog, ale w tym dialogu ma Pan coś do powiedzenia. To jest bardzo nie zręczne w tej chwili pytanie, bo nie należy chyba pytać twórcy, co chciał powiedzieć, ale co w takim razie chciał powiedzieć reżyser filmy, Pt krótki film o zabijaniu?

K.K.: Proszę Pana, gdybym mógł Panu na to odpowiedzieć jednym zdaniem, to bym nie robił tego filmu, bo nie ma powodu zużywać tyle pieniędzy, tyle trudu, angażować aktorów, brać kamerę. Wie Pan, jaki to jest kłopot, żeby wyjąć kamerę z pudła? Zapakować tam filtry – to jest kupa roboty. Jeżeli mógłbym Panu powiedzieć w jednym zdaniu, to nie ma żadnego powodu, żeby to uruchamiać cały ten interes.

Wanda Ziembicka (tvp): A mnie się wydaje, że Pan poprzez swoje filmy, to jest moje odczucie bardzo subiektywne, chce nam przekazać pewną prawdę o sobie, jako człowieku. Mnie się wydaje, że wszystkie pańskie filmy – proszę mi wybaczyć, może się Pan ze mną zgodzić – są bardzo publicystyczne. I z Pana filmów, jeśli mogę użyć takiego sformułowania – zionie publicysta i dziennikarz. Egon Kisz powiedział, że dziennikarstwo jest kolejnym wymiarem sprawiedliwości. Dla mnie Pańskie filmy, począwszy nawet od tego dokumentalnego pierwszego aż do ostatnich tych nagradzanych, są jakby filmami, które jakby sprawiedliwość niosą naszym czasom. Pan powiedział, że chciałby Pan pogadać z publicznością – jeśli może sobie Pan poczytywać za sukces, to wydaje mi się, że Pan rozmawia przede wszystkim z ludźmi młodymi

Anna Grzeszczuk – Gałązka: Dobrze. Przejdźmy do tej etykietki, która z reguły boli bardzo reżyserów filmów fabularnych tzn. ta publicystyka która się w Pani pytaniu przewinęła.

K.K.: No etykietka, publicystyka. Może.

A.G.: Czy to źle?

K.K.: Nie, nie uważam, że to źle. Nie, nigdy nie byłem dziennikarzem – udało mi się uniknąć tego zawodu

A.G.: Ale był Pan dokumentalistą

K.K.: Dokumentalistą byłem, tak

Janusz Michalak (wprost): Próbował Pan dwa razy podejść do tak trudnego tematu, jakim było wprowadzenie stanu wojennego zdaje się – tzn. myślę o filmie Przypadek i Bez Końca

K.K.: Przypadek akurat tego tematu nie dotyczył. Był tylko robiony w stanie wojennym, natomiast nie dotyczył.

J.M.: Jak Pan uważa – czy istnieje jakaś blokada psychiczna, że twórcy jakoś nie potrafią się z tą naszą współczesnością uporać, przetworzyć ją w artystyczną postać.

K.K.: Proszę Pana, wspominałem o slalomie. Myślę, że w przypadku tematów współczesnych, zwłaszcza wtedy, kiedy ja robiłem Bez Końca – to był rok 84. Stan wojenny to przynajmniej w świadomości ludzkiej jeszcze bardzo mocno tkwił. W wypadku takich filmów ten slalom jest rozstawiony niezwykle gęsto i naprawdę jest strasznie trudno, żeby w tym temacie w takim czasie, żeby zachować jakąkolwiek wierność własnemu poglądowi. Ogromnie jest trudno.

J.M. No, ale zawodnik wtedy w takim slalomie nie startuje

K.K.: No, więc bardzo wielu ludzi nie wystartowało. Nie wiem czy to dobrze, nie wiem czy to źle. Ja spróbowałem, dostałem w kość strasznie po tym filmie jak po żadnym powiem Panu i to zarówno od gazet oficjalnych czy partyjnych ja Trybuna Ludu na przykład, która napisała, że właściwie trzeba mnie aresztować za wydanie instrukcji dla podziemia, od gazet kościelnych, które okropnie zaatakowały ostro ten film, jak i gazet podziemnych, które stwierdziły, że jest to po prostu zrobione na zamówienie rządu i władzy i, że jestem karierowiczem. Wszyscy zaatakowali ten film bardzo ostro. A powiem Panu, że równocześnie po żadnym filmie – łącznie z tymi ostatnimi nie dostałem nigdy tylu telefonów i tylu listów od ludzi nieznanych mi zupełnie, którzy powiedzieli – tak jest, Pan ma rację. Myśmy wszyscy spuścili głowę, tylko nikt nie chce o tym głośno powiedzieć.

Iwona Kłysz – Ciszewska (tvp): Jeżeli film jest dla Pana rodzajem rozmowy, to o czym chciałby Pan jeszcze porozmawiać z widzami i jeżeli Pan ma jakiś taki temat, nad którym chętnie by Pan popracował całe miesiące, to dlatego, że ten temat jest ważny dla Pana, interesujący, czy może ważny dla nas wszystkich?

K.K.: Proszę Pani, zawsze mam nadzieję, że jeżeli temat jest ważny dla mnie, to może jest ważny i dla Pani, a jeżeli nie dla Pani to może dla Pana albo dla Pana

I.K.: Ale czym się Pan kieruje?

K.K.: Tym, że żyję w tym samym kraju, w tym samym czasie czy na tym samym świecie, co Pani i Państwo i jeszcze ktoś za granicą. Wie Pani – zrobiłem dziesięć filmów, to jest naprawdę dosyć dużo. Zrobiłem filmy o różnych rzeczach, które wydają mi się ważne. Zrobiłem film o zabijaniu, zrobiłem film o miłości i zrobiłem film o samotności, zrobiłem film o Bogu, zrobiłem film o strachu, zrobiłem film o nienawiści, zrobiłem film o zazdrości. Zrobiłem film o różnych takich wydaje mi się dość prostych uczuciach i sprawach. Ponieważ już zrobiłem, skończyłem akurat przed wczoraj ostatnie jakieś prace związane z tymi filmami, więc nie może Pani wymagać, żebym po dwóch latach grzebania w tych dziesięciu tematach w tej chwili mógł Pani od razu powiedzieć, co następne. Nie wiem, nie wiem. W tej chwili zawsze muszę mieć jakąś przerwę. Nie po to, żeby odpoczywać nawet, bo to nie chodzi o to, żeby odpoczywać – chodzi o to żeby po prostu jak mówi Hania Kral NAŻYĆ, coś nażyć – czyli pochodzić, popatrzeć, powąchać, podtykać, poznać, posłuchać – co słychać, co się dzieje. Muszę mieć na to czas. Tylko z tego czasu właśnie, tylko z tego nażycia można, może się urodzić coś w rodzaju następnej myśli, że warto byłoby może się zastanowić nad tym czy nad tamtym.

Anna Grzeszczuk Gałązka: A jak to się w ogóle stało, że zrobił Pan film o miłości, po iluś tam deklaracjach, że właściwie filmy o wielkich miłościach Pana nie interesują. Może to jest mała miłość, chociaż dla tego chłopaka chyba duża, może to zresztą nie do końca jest film wyłącznie o miłości.

K.K.: Ja nigdy nie mówiłem, że mnie nie interesują filmy o wielkich miłościach.

A.G.: Ej no, bo zaraz tu Pana zacytuję

K.K.: A niech mnie Pani cytuję, proszę bardzo. Jeżeli się zmieniłem, to tym dobrze, ale nie sądzę, ale nie sądzę, nie sądzę, nie sądzę. Zawsze zostawiam sobie jakąś furteczkę, zawsze.

A.G.: Ale ja bym się jeszcze chciała dowiedzieć, skąd Pan wie tyle o kobietach? Bo ja rozumiem, skąd Pan wie tyle o tym chłopaku, ale o tej kobiecie, którą gra Szapołowska.

K.K.: Ja nic nie wiem o kobietach

A.G.: Wynikałoby z tego filmu, że trochę jednak Pan wie

Głos z Sali: Sama prawda

K.K.: Nie skąd, nic nie wiem.

A.G.: Jak to może być – jak można robić film o kobiecie i nic o niej nie wiedząc.

Głos z Sali: Współscenarzysta

K.K.: A może Piesiewicz coś wie o kobietach.

A.G.: Podobno bardzo przystojny.

Bogdan Zagroba (film): Jak się Pana akumulator ładuje w kontakcie z mecenasem Krzysztofem Piesiewiczem, który współpracował z Panem przy
filmie Bez Końca i przy dekalogu.

K.K.: Ja myślę, że to jest współpraca, która wynikła z pewnego przypadku; myśmy się poznali zupełnie przypadkowo. To było w okresie, kiedy ja robiłem taki film dokumentalny, który nigdy nie powstał o wyrokach o wyrokach sądowych w sprawach politycznych w stanie wojennym. Tam myśmy się poznali i potem pewno się zaprzyjaźniliśmy, potem dopiero wynikły scenariusze. A może było trochę odwrotnie – może najpierw zaczęliśmy myśleć o scenariuszu a potem się zaprzyjaźniliśmy. Ja myślę, że to jest taki rodzaj dobrej współpracy to znaczy, to znaczy oczywiście ja jestem fachowcem od pisania scenariusza. To jest jasne, bo ja to po prostu mniej więcej już umiem robić – nie mówię, że dobrze, ale mniej więcej umiem. On natomiast jest człowiekiem, który po pierwsze ma kontakt z zupełnie innym światem niż ja. Ja nigdy do tego świata nie dotrę. Po drugie przeczytał dużo więcej książek ode mnie i zapamiętał z nich bardzo dużo. Po trzecie wreszcie jest człowiekiem o pewnej wrażliwości, której ja nie mam. A więc nie tylko się styka ze światem, z którym ja się nie zetknę, ale styka się też inaczej, nawet z tym światem, z którym ja się mogę zetknąć. I to nam przypuszczam pozwala współpracować, pisać razem, bez jakiś niepotrzebnych napięć – mianowicie uzupełniamy się. Czego ja nie wiem to on wie. Czego on nie wie to czasem ja wiem.

Maria Rajczyk – Żukowska (ekran): Otrzymał Pan Europejską Nagrodę Filmową. Przedtem kilka dni w Paryżu trwał przegląd Pana filmów. Tamtejsza prasa rozpisywała się bardzo pochlebnie na temat właśnie tych filmów. Z resztą ekran dosyć szczegółowo przytaczał opinie tej prasy

K.K.: To akurat był film, to już żeby było ściśle.

M.R.: Słucham?

K.K.: Gazeta Film

M.R.: Mam ekran, to ja pisałam osobiście, tak więc służę numerem.

K.K.: To tego nie czytałem

M.R.: Proszę Pana i chciałam Pana zapytać. Wiem, że Pan ma bardzo złe zdanie na temat krytyki polskiej i na temat publiczności

K.K.: To prawda

M.R.: Chciałabym Pana zapytać, jakie są Pana odczucia po zetknięciu z publicznością francuską i po wysłuchaniu głosów krytyki francuskiej. Wiem, że udzielał Pan również wywiadów kilku pismom francuskim.

K.K.: Proszę Pani – udzielałem bardzo wielu wywiadów kilkudziesięciu pismom francuskim prawdopodobnie, ponieważ byłem tam chyba trzy dni i codziennie było to czternaście do osiemnastu wywiadów, więc to wygląda z tego, że tych tego było troszkę więcej, ale to nie jest ważne, to nie o to chodzi. Jedna, jedna, jedną rzecz chcę sprostować – to nie był przegląd moich filmów, żaden przegląd, nie – ani pokaz. To była dystrybucja komercyjna

Głos z Sali: Promocja

K.K.: Nie. Komercyjna dystrybucja – to znaczy wyświetlanie w kinach za biletami. Na skutek tego wyświetlania na ten film, o którym mówimy czyli zabijaniu, przyszło tam około dziewięćdziesiąt osiem czy sto tysięcy francuzów do kina. To nie jest w ogóle problem – Pani mówiła, że ja mam, że jest, że mam niechętny stosunek do krytyki polskiej. To jest prawda. Nie polega to na tym, co się krytyce podoba, czy co się krytyce nie podoba. Generalnie biorąc idzie tutaj o kompetencje. Mianowicie o znajomość rzeczy tak zwaną. Otóż, jeżeli przez godzinę słucham audycji w radio francuskim, które mi ktoś tłumaczy, której czterech facetów się zastanawia nad funkcją muzyki oraz zdjęć w filmie Krótki Film o Zabijaniu. Przez godzinę czterech poważnych ludzi, bardzo poważnie rozmawia na ten temat. Wyciągają najróżniejsze rzeczy, o których w ogóle nie miałem pojęcia, że one w tym filmie istnieją, ale po prostu próbują to zanalizować, próbują to zrozumieć i próbują to określić. Otóż melduję Pani; tak samo czytam zresztą w CAYE DE CINEMA dość poważnym piśmie francuskim – pół numeru jest poświęcone analizie warsztatowej tego filmu. Otóż melduję Pani, że w tej chwili w Polsce nie wiem czy jest, czy są trzy osoby w całym naszym kraju, które są w stanie zrobić ćwierć takiej analizy, po prostu dlatego, że nie znają…

Głos z Sali: Może jest to piekielnie nudne

K.K.: To jest osobna sprawa, to jest osobna sprawa. To nie jest dla mnie. To jest dla czytelników, którzy to pismo kupują. Jeżeli, nie wiem czy Pan był kiedyś na zachodzie – tam jest system taki, że jeżeli ktoś kupuje pismo, to wtedy to pismo się dalej wydaje. Jeżeli go przestaje kupować, to się go po prostu przestaje wydawać. Otóż jeżeli tak drukują – a drukują tak od lat te analizy, to widocznie ktoś to kupuje, ponieważ nie sądzę, żeby był wariat, który gotów jest wydawać pieniądze w błoto.

Głos z Sali: Ale Pan zajechał krytykę

K.K.: A zajeżdżam z przyjemnością

Adam Horoszczak (ekran): Ale czuję się zobligowany odpowiedzieć, że tzw. tłustych żurnalów, czyli mówiąc po polsku grubych miesięczników typu Positiv, Caye de Ciemna i Maches we Francji jest kopa a u nas jest tylko jeden miesięcznik i dwa tygodniki i to wszystko. Wie Pan, i to jest bardzo ważne, ponieważ po prostu nie sposób na łamach tygodnika dokonać, przeprowadzić głębinowej analizy całej struktury. Aczkolwiek kiedyś pisałem na łamach kina o Pańskim Amatorze i próbowałem rzetelnie się odnieść do tego dzieła.

K.K.: Nie, nie, nie. Ale ja nie chcę, ja nie chcę tej, ja nie chcę, żeby to pisać i ja nie uważam, że można to pisać w tygodnikach. Ja twierdzę, że nie ma w tej chwili w Polsce ludzi poza dwoma lub trzema osobami, które są w stanie to zrobić. O to mi chodzi.

Barbara Pawłowska (tvp): Często odnoszę wrażenie, że Pan bardzo nie lubi dziennikarzy. Widziałam wiele razy wywiady z Panem i odnoszę takie wrażenie, że traktuje ich Pan no powiedzmy delikatnie – z wyższością, tak jakby na niczym się nie znali, a już kompletnie na tym, o co Pana pytają. Co takiego Panu zrobili dziennikarze?

K.K.: Nie, Pani się myli, Pani się myli. Bardzo Panią lubię. Jeżeli chce Pani na przykład taką deklarację usłyszeć, mogę powiedzieć to także do Państwa. To jest nieprawda, że ich nie lubię. Natomiast wspominałem już o tym, nie, nie znoszę niekompetencji. I prawdę mówiąc dość nie lubię u dziennikarzy bo – braku inteligencji. To jest dość przykre.

Głos z Sali: Czy Pan lubi swoje filmy oglądać. Jeśli Pan lubi, to co Pan lubi, jaki typ filmu Pan lubi.

K.K.: W ogóle nie oglądam.

Głos z Sali: W ogóle Pan nie ogląda?

K.K.: Nie, jak już zrobiłem, to nie oglądam

Głos z Sali: No dobrze, a jakie inne kino Pan lubi oglądać? Tytuły, nazwiska

Głos z Sali: Spielberga czy Bergmana?

K.K.: I to i to. Akurat obaj są niezłymi fachowcami w różnych dziedzinach

Głos z Sali: A jeden na popołudniu a drugi na rano?

K.K.: Nie nie, dlaczego. Jeden we wtorek a drugi w czwartek.

Adam Horoszczak (ekran): Panie Krzysztofie, przez wielu z nas, przez wielu nieobecnych, jednak wbrew cokolwiek by Pan nie powiedział, jest Pan uważany za jednego z Książąt Niezłomnych – że posłużę się taką pompatyczną metaforą – polskiego kina. I nie bez powodu. Też to wyznanie niewiary w posłannictwo, misję kina w jego posłannictwo, przejmuje mnie osobiście wielkim smutkiem. Więc właśnie chciałem tylko powiedzieć – Nie wierzę w Pańską niewiarę.

K.K.: Proszę bardzo – to jest Pańskie prawo.

Głoś z Sali: Ale ja nie rozumiem, dlaczego Pan nie wierzy

K.K.: Tłumaczyłem – żebym umiał robić cokolwiek innego, prawdopodobnie dawno bym ją rzucił, ale po prostu nie umiem.

Głos z Sali: Ale można się nauczyć.

K.K.: Czego?

Głos z Sali: Ale Pan nas wyraźnie kokietuje

K.K.: Nie kokietuję Państwa. A dlaczego mam Państwa kokietować

Głos z Sali: Tutaj, teraz?

K.K.: Tutaj i teraz i w ogóle. Tutaj teraz i w ogóle. Wie Pan, to jest, naprawdę to jest tak niepoważny zawód, że sobie Państwo po prostu nie wyobrażacie. W jakimś sensie nie lubię swojego zawodu. W jakimś sensie go kocham a w jakimś sensie go nie lubię.

Głos z Sali: A jakie jest pańskie hobby poza kinem?

K.K.: Hobby, Boże drogi. Hobby to jest wie Pan – żyć… i też tak lubiłbyś

Wanda Ziembicka (tvp): A ja nie chciałabym opuścić tego studia i Warszawy z myślą, że Krzysztof Kieślowski jest wielkim defetystą. Bo Pan określając siebie, mówiąc że Pan nikogo, nikomu nie wierzy, sam nie wierzy, w nic nie wierzy, w przesłanie filmów które Pan robi. To proszę przynajmniej mnie i moim młodym kolegom odpowiedzieć na jakie wartości stawia Pan najbardziej u człowieka, tzn. jaką cechę u współczesnych akceptuje Pan od początku. Jest Pan człowiekiem bardzo odważnym, butnym, ale co Pan ceni u ludzi młodych tych, którzy Pana zastąpią za kilkanaście lat.

K.K.: Proszę Pani wszystko, całe człowieczeństwo. To jest nieprawda, że ja w nic nie wierzę. Tak nie powiedziałem. Ja nie wierzę w moc filmów. Ja nie wierzę, że filmem można coś zmienić. To w to nie wierzę, ale to nie prawda, że nie wierzę w człowieka – czyli w nas wszystkich. Co to znaczy co? Wszystko. Oczywiście, że wolę mądrość, wolę mądrość od głupoty. Wolę dobro od zła. Wolę. Wolę miłość od nienawiści – przypuszczam, że tak samo jak Pani. To się w ogóle w tym nie różnimy, to jest zupełnie oczywiste.

W.Z.: Tylko, że ja wierzę w przesłanie Pańskich filmów, filmów Pańskich kolegów a Pan w swoje własne nie wierzy.

K.K.: Bardzo mnie to cieszy, że Pani wierzy, ale to nie powód żebym ja wierzył.

Krzysztof Kaszyński: Dość energicznie Pan i Pana producent wyszarpywaliście sobie Panowie statuetkę Felisa w czasie wręczania. U kogo została ta statuetka?

K.K.: Ja ją mam w domu. Ja wygrałem. To nie była szarpanina, to jest wszystko źle odczytywane – telewizja kłamie. Coś, co wygląda na szarpaninę, naprawdę, naprawdę jest chęcią pomocy. To jest okropnie ciężkie, okropnie ciężka, ciężkie urządzenie które po prostu trudno jest utrzymać. On chciał mi je po prostu podtrzymać.

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Ja zniszczyłam tu bukiet telewizyjny

K.K.:
O Jezus Maria

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Właśnie dobro telewizyjne, właśnie po to, żeby wręczyć Panu ten kwiatek

Głoś z reżyserki: Jeszcze raz wręczamy, jeszcze raz wręczamy!

Anna Grzeszczuk-Gałązka: No więc to idiotycznie powtarzać wciąż te same słowa, ale powtórzę je. No więc chciałam wręczyć ten bukiecik…

K.K.: Nie, przepraszam. To ja Panią wyreżyseruję

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Dobrze. Nie!

K.K.: Od początku, od początku normalnie powtórzyć to samo. „To idiotyczne…”

Joanna Grzeszczuk-Gałązka: Nie, już bez idiotycznego.

K.K.: Dobrze. Nie chce Pani być wyreżyserowana.

Joanna Grzeszczuk-Gałązka: Chciałabym, ale nie w tych okolicznościach. To już za późno po prostu na to.

K.K.: „Wyrwałam kwiatek, zniszczyłam bukiet telewizyjny” – od tego. Proszę bardzo

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Będzie bez tego.

K.K.: Można? Proszę!

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Dobrze. A więc chciałabym Panu wręczyć ten kwiatek w dowód miłości.

K.K.: Ze zniszczonego bukietu telewizyjnego

Joanna Grzeszczuk-Gałązka: bukietu telewizyjnego, tak który kosztuje duże pieniądze, więc ja biorę to ryzyko na siebie, żeby mimo wszystko Panu wręczyć ten kwiatek i bardzo podziękować.

K.K.: Dziękuję bardzo. Co mam z nim zrobić?

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Zabrać ze sobą, zasuszyć albo włożyć do wody – jak Pan woli.

K.K.: Dobrze.

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Jest już Pański

K.K.: Dobrze.

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Jest na zawsze Pana

K.K.: Dziękuję. Dziękuję Pani bardzo za kwiatek i za wszystko.

Program przygotowała i prowadziła: Anna Grzeszczuk – Gałązka
Współpraca: Ewa Michalska, Barbara Pawłowska, Waldemar Baczuń
Realizacja TV: Krzysztof Jasiński
Scenografia: Stefania Zarębska

Zapis rozmowy udostępniony dla serwisu „Śladami Kieślowskiego…” przez Tomasza Karpińskiego

__
Rafał Toborek
Pozostaw komentarz
    Zapisz się na newsletter, aby dostawać powiadomienia o nowych wpisach wprost na swoją skrzynkę e-mailową. Nie udostępnimy nikomu Twojego adresu.
  • Facebook

  • Archiwum

  • Kategorie

  • Do poczytania

    otwórz wszystkie | zamknij wszystkie
  • Twitter

  • Komentarze

  • Chmura tagów

Bear